Ryszard był dzisiaj bezlitosny, łaził od nie wiem której godziny po domu i domagał się wypuszczenia. Nie wyspaliśmy się, mi tam whatever, ale Kochany miał pobudkę do pracy o piątej rano.
W temacie robienia rzeczy do zrobienia — przy pierwszym papierze mało nie dostałam wylewu. Wypełniłam jedną stronę (z osiemnastu). Wypełnianie to i tak pikuś, muszę mieć aneksy do dyplomów (po angielsku), mam jeden i nie ten najważniejszy (na dodatek jak się teraz bliżej przyjrzałam, widzę jak niechlujnie przetłumaczony). Dziekanat jak oblężona twierdza, stara się nie stykać z pospólstwem, czyli jednak pozostaje droga mailowa.
Jedyny pożytek taki, że mąż (odzyskany po ósmej wieczorem) dostał obiad. I jeszcze szpaki były ze mnie zadowolone, na naszym trawniku trwa konkretne szpacze tarło. Nucę Five Years Davida Bowie.
Obiad i szpacze tarło - nie na darmo oba sformułowania pojawiają się w bliskim sąsiedztwie :D Rysio pewnie lubi młode, świeże mięsko.
OdpowiedzUsuń