Z rana delikatnie mżyło, ale i tak dużo spacerowałam, zaszłam do Costy po jagodową muffinkę i kawę krokiem Fredowym (mąż zawiózł mnie do miasta w drodze do swojej pracy).
Spotkanie w Centrum nie trwało zbyt długo, włącznie ze mną było sześć nowo przyjętych osób. Po wykładzie zajrzałam do Luizy, jest prawdziwa, mała, okrągła i trzęsie głową, nic takiego, jak mówi, hereditary. Wróciłam autobusem przed drugą po południu, akurat, gdy Katlin parkowała pod domem. Zmarł jej brat. Zaledwie kilka tygodni temu zdiagnozowano u niego raka. Wyszłam na chwilę, żeby z nią porozmawiać, żałoba odbywa się tutaj także na ulicy. Piękną mieliśmy dzisiaj wiosnę i byłam zaskoczona, że po powrocie zastałam kota drzemiącego na tapczanie (kot oczywiście wyszedł za mną i uczestniczył w żałobnej opowieści).
W czasie chodzenia bolały mnie stawy biodrowe, a po rosołku padałam ze zmęczenia, prawie śpiączka, nie obyło się bez kawy i tępego oglądania filmików na yt. Widać jak bardzo mi brakuje codziennego ruchu. Gdy tak sobie wędrowałam decyzje wydawały się łatwiejsze do podjęcia. Chodzić trzeba!
O tak! Muszę sobie wreszcie kupić buty do dłuższych spacerów. Jak tylko zniosą obowiązek noszenia masek dworze zacznę wychodzić częściej z domu.
OdpowiedzUsuńMechanika tego jest pokrętna, ale myśli mam bardziej optymistyczne, gdy chodzę :)
Usuń