Od instytutu do dziekanatu, od dziekanatu do archiwum. Ale odbierają moje telefony, każda osoba jest miła i udziela mi sensownej informacji, która pozwala działać dalej. Uniwersytet Wrocławski rules! Mail do archiwum napisany, czekam na wiadomości co ja tam mam w papierach, bo już mi się zapomniało. W drugiej uczelni zawsze jestem drugą dzwoniącą w kolejce, madżik, ku⋰wa. Mail z zapytaniami wysłany i nawet dostałam odpowiedź, ale nadal jestem (tym bardziej) zdegustowana.
A wszystko to dlatego, że Sziwan nie miała dzisiaj czasu na zajęcia i spiknęłam się z Luizą, która mi powiedziała, że mogę się zająć czym tam chcę, tak jak ona, no to się zajęłam.
Rikardo wczoraj po śniadaniu zniknął i wrócił, gdy było już ciemno, żeby wylizać michę wołowinki. Dzisiaj zaś po spacerze spanko w pieleszach i udawanie grzecznego kotka, po południu spacer-dom-spacer. Sama uległam nieco temu trendowi i zaczęłam weekend wcześnie — jak już zrobiłam, co mi się umyśliło do zrobienia, zadzwoniłam do domu (tata upodabnia mi się do Freda, nosi kaszkiet i jaskrawy szalik), żeby zapytać babcię jak rośnie mój fikus. Podobno zamienił się w drzewo. Po rozmowie wybyłam nad morze, zjadłam obiad i wskoczyłam pod prysznic. Resztę popołudnia spędziłam w szlafroku, grzejąc się w słoneczku i snując katastroficzne myśli. Fred wrócił po dziewiątej, zjedliśmy po kawale lazanii. Już dobrze. Małżonek nieprzytomny po kilkugodzinnej podróży, ale w drodze zatrzymał się, żeby popatrzeć jak statek wpływał do portu na Boyne. Pink Moon powoli zbliża się do pełni.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.