Przed południem widziałam przez okno przygotowania do wyprowadzenia Johna spod numeru 29 do kościoła. Sporo osób szło za trumną.
Potem mój spacer nad morze i drzemka po obiedzie.
Fredowa praca była niedaleko, więc mąż wrócił około piątej po południu. Siedzimy, rozmawiamy, za oknem tyle światła. Gra nam Voo Voo Rapatapa-to-ja (1995) oraz Płyta z muzyką (2001), potem The Yardbirds. Jutro Fred kursuje do Cork, więc musi wcześnie iść spać i już jest pod prysznicem. Ja zbyt wyspana, będę pewnie jeszcze długo szurała po kuchni.
U nas takie wyprowadzanie z domu jest już coraz rzadsze.
OdpowiedzUsuńMieszkamy na wsi rybackiej. Jest teraz bardziej turystyczna, ale stali mieszkańcy zachowują tradycje. W mojej wsi w Polsce zwyczaju wyprowadzania zmarłego z domu chyba już nie ma, domy pogrzebowe odbierają zmarłych i przywożą na miejsce pochówku.
Usuń