Rozpoczęłam dzień umyciem grzywki i telefonem do mamy. Ona już w pracy, to się jej poskarżyłam, że również muszę się zaraz zbierać, takie ze mnie stare dziecko.
Pracowniczo dzień produktywny i spokojny. W Centrum pojawił się Vincent, na żywo też spoko z niego gość.
Po szychcie Fred czekał na mnie pod Pietrem w swoich zajebistych, oliwkowych trampkach. Zawinęłam jeszcze na chwilę do polskiego sklepu, bo zachciało mi się ciasta karmelowego. W drodze do domu małżonek wyjawił mi plany na jutro: spotkamy się z Aś i zawieziemy jej nasze wsiowe krewetki. Pomyślałam sobie, że do tego pasowałaby Fredowa sałatka grecka — jako, że czytamy sobie w myślach, faktycznie ingrediencje do sałatki jechały już z nami w bagażniku. Po powrocie na chwilę zagadałam w ogródku z Anną. To dało małżonkowi czas na zaskoczenie mnie po raz drugi: dzisiaj mija kolejna rocznica naszego spotkania w realu i Fred wyszedł do mnie z prezentem. Dostałam bluzę Missoni w zielono-czarne kwadraty, mleczko do twarzy L'Oreala Age Perfect i krem do twarzy Givenchy L'Intemporel Blossom Compact. Trafił mi się chłop, jak ślepej kurze ziarno.
Na obiad morszczuk z portowego sklepu w towarzystwie kartofli i ogórka w majonezie, na deser kawa i karmelowe ciasto. Po chwili odsapki spacer nad morze. Podobnie jak wczoraj w wietrze trochę chłodno, za winklem przyjemnie, a że ta sama pora (po siódmej), spotykamy tych samych ludzi. I wieczór.

Kura kurą, ale żeby Wolanda - ziarnem... ;-D
OdpowiedzUsuńWoland właśnie do mnie powiedział "To nie są kwadraty, kochana, co najwyżej można aproksymować do prostokątów, ale jeszcze są ograniczone krzywymi". Faktycznie, ziarno odpada.
UsuńTeż miałem chłodno w wietrze. Ale mieszkanie intensywne słońce nagrzało do 26 stopni.
OdpowiedzUsuń:)
Usuń