Wiatr dziki od nocy, z rana przeniosłam narcyzy do ogródka, bo mi ich było żal. W mieście ciut lepiej, pod koniec szychty posiedziałam w piwnicy z Szejnem, który lubi i gra Rory'ego. Obiad zjadłam w Il Forno, napchałam się makaronem i do domu. Grzywy fal na morzu spektakularne. Dom chłodny, okno otwarte na oścież, gorąca herbata, połączenie messengerowe z Mallow, gdzie Fred dzisiaj spędza noc u przyjaciół, słuchanie Partenope.
W temacie chłodu domowego: pan Bojler był dzisiaj przed naszym domem, gdy oboje byliśmy w pracy. Powtórka z rozrywki: pobiegłam do pani z innego okienka (ta umiała obsługiwać komputer i telefon), która zadzwoniła do Bojlera (możliwe imię Rajmond) i on podobno chciał nam wymienić to, co rzekomo tak długo trzeba załatwiać. Cud jednodniowy. Czy gdy jutro zadzwonię z pytaniem, gdzie jest pan Bojler, to nastąpi kolejny cud i gość będzie w tym tygodniu w okolicy, chociaż mówił Fredowi, że nie da rady? Zobaczymy. Tymczasem przetrwałam kwadrans kociego płaczu o wyjście na dwór po zmroku. Widząc matkę nieugiętą, Ryszard pomruczał, pomróżył do mnie oczy i położył się spać obok. Wracam do wierszy Ginczanki, czuję, że to w sam raz.
A czemu Rysio ma szlaban na nocne wyjścia?
OdpowiedzUsuńBo matka nie ma zamiaru czekać z otwartym oknem, aż kot wróci. To raczej domena ojca. Poza tym znowu jest sztorm.
UsuńDobrze, że tam u was już wiosna, wytrzymacie bez bojlera :)
OdpowiedzUsuńWytrzymamy jakkolwiek.
Usuń