Długo gmyrałam się w łóżeczku. Wstawiłam pranie, zagotowałam wodę, weszłam na blogsferę (po pięciu minutach zgłosiłam jednego bloga za szerzenie fake newsów podważających procesy demokratyczne, bo taka już jestem), chwilę porozmawiałam z Fredem pijącym kawę w Dublinie i zagadałam się messengerowo z Marksistką o jakimś gościu, który będąc w Irlandii miał inne poglądy, teraz ma inne i właśnie zbiera na pomoc dla Ukraińców. Typowy mitoman, nie wiemy jak go zdemaskować, z pewnością kradnie cudze osiągnięcia. Przy okazji olśniło mnie, że niechęć mojej mamy do rozmów wideo to naprawdę może być objaw autyzmu. A tymczasem Ryszard grzeje się na parapecie okna sąsiada. Na śniadanie krewetki :E
___
edit 14:15 Po śniadaniu wróciłam do rozmowy z Marksistką, tylko tym razem sprawy wagi państwowej były poruszane, jak dobrostan kota Ryszarda oraz abp Chomika. Chomik jest w wieku sędziwym, rozbudowuje swoją kurię metropolitalną, mnoży żądania i gryzie. Potem zadzwoniłam do taty, chwilę porozmawialiśmy o literaturze. Gdy wyszłam rozwiesić pranie trzask drzwi usłyszała Anna, zaszła więc do ogródka, żeby się ze mną podzielić emocjami na temat tego co słyszy w irlandzkich mediach o wojnie. Ech, no. Wystawiłam narcyzy na pokaz, założyłam czapę (jeszcze chwilę popatrzyłam na dwie wrony, które przyleciały do kulek wystawionych w ogródku i deliberowały jak tu odlecieć z takim obciążeniem), aparat do ręki i poszłam. Wspólne geny, moje i Fredowe, są niechybnie związane z łażeniem. Początkowo chciałam tylko iść pod klify, żeby zobaczyć ptaki. Ale potem zapragnęłam lepiej zobaczyć królicze nory, to stwierdziłam, że podejdę pod górę. Gdy podeszłam, dlaczego by nie dojść do punktu widokowego na Północną? Gdy doszłam i tam, pomyślałam, że widać port i bez sensu jest wracać tą samą drogą :)
___
edit 18:15 Jak człowiek wychodzi do ogródka, zawsze można kogoś spotkać. I tak, Katlin się napatoczyła. Było oczywiście o wojnie. I jeszcze piesek Anny Emerytki zmarł w zeszłym tygodniu, taki mały, czarny, kudłaty. Słucham, jak Ganszyniec nawija o kulturze. W porządku jest. A Fred już w Drołdzie, jedzie do mnie.
___
edit 20:15 Skoro jesteśmy już po obiedzie, mogę napisać, że to był całkiem przyjemny dzień, pierwsze wiosenne koszenie traw na osiedlu. Choć oczywiście nadal jestem zdania, że dla dobra nas wszystkich Putin musi umrzeć.
czwartek, 3 marca 2022
807. To jeszcze nie koniec.
Labels:
around the Head,
Ganszyniec,
mama,
Marksistka,
Putin's aggression,
sąsiedzi,
tata
Subskrybuj:
Komentarze do posta (Atom)
Ja nie przepadam nawet za zwykłymi rozmowami przez telefon. To też będzie objaw jakiejś niezdiagnozowanej przypadłości? :D
OdpowiedzUsuńPytanie pomocnicze: a za czym przepadasz?
UsuńMyślę, że za zwykłym siedzeniem bez konieczności rozmawiania. Jak ktoś jest rozgadany, a mnie zostawia tylko słuchanie też jest OK.
Usuń