Jeszcze do pracy (ja to nic, standard, ale Miły mój pojechał do Castle Espie). Jeszcze robię zadanie domowe, bo jutro nie będę miała na to czasu, a deadline szumi. Żadna książka w marcu dokończoną nie będzie, wiersze Ginczanki rozgrzebane na stronie dwieście sześćdziesiątej piątej.
Akurat tak się złożyło, że dzisiaj w pracy było aktywnie i co do minuty. Potem na mieście dorobiłam klucze do domku i rozdałam po sąsiadach. Cenniejszy sprzęt zostawiłam u Anny. Jeszcze przed histerycznym obiadem skompletowałam strój na pogrzeb. Katlin wręczyła mi z dumą dwie kartki mszalne, za duszę teścia i pociechę dla teściowej, a Kochany wrócił z Północnej o całkiem dobrej porze. Wiesz, co jest najfajniesze w byciu mną? Że np. dostaję od męża skarpetki w jeże:

A to naprawdę jest taka żywa obawa, że ktoś może się włamać i coś wynieść? Zdarzają się takie kradzieże w okolicy?
OdpowiedzUsuńW zasadzie włamywanie się nie jest konieczne, w naszym wypadku.
Usuń