Wieje, ale co tam, i tak wyszłam na spacer nad morze. Bo po pierwsze Fred wrócił do domu i o jedenastej mogłam go obudzić i zrobić mu kaffkę. Bo na osiedlu mały chłopiec wracający z mamą z przedszkola zapytał mnie jak mam na imię, i ja mu powiedziałam, i on mi powiedział, że ma na imię Sam. Lovely day. Well it is. Sunshine, sunshine. Tyle ustaliliśmy z Samem. Bo w drodze wyciągnęłam z kieszeni herbatniczka i go zjadłam (herbatniczki-niespodzianki mam z różnych kawiarń, zazwyczaj nie pochłaniam tego dodatku do napoju od razu, tylko chowam do kieszeni, żebym kiedy indziej mogła się ucieszyć). Czyli wiało, ale było dobrze, właśnie wracałam sobie ulicą nadbrzeżną myśląc o parze szczygłów, które napotkałam idąc przez parking z przyczepami, gdy dostałam wiadomość od dawnej, nieszczególnie przeze mnie lubianej koleżanki z podstawówki z zapytaniem czy dołożę się do wieńca, bo wczoraj zmarł Jar. Po powrocie zrobiłam Kochanemu kanapki na drogę i zadzwoniłam do taty, żeby się upewnił, czy są już klepsydry, w ten sposób dostałam kolejnego njusa pogrzebowego — wczoraj umarła też Maryśka, ta z przerzutami guza do mózgu, młodsza koleżanka babci Mani. Takie wiadomości zazwyczaj zatrzymują na chwilę. Klepsydry Jara jeszcze nie ma, ale dostałam potwierdzenie od innej luźnej znajomej, że faktycznie, taka sytuacja nastąpiła z ustaniem jego funkcji życiowych.
Po południu pogodowo zrobiło się całkiem miło (ale też już nie spacerowałam, więc licho wie, jakie tam grzywy fal na morzu mogły być). Fred wyjechał do Derry; ja z kotem chwilę siedziałam w ogródku oczyszczając prymulki z mnóstwa zeschłych kwiatów; wykupiłam rezerwację krótkiego wylotu do Polski na czerwiec; porozmawiałam z rodzicami. Wieczór to powrót do lektury uczelnianej, zakreślam, dumam, końca nie widać (prawie).
I dorzucasz się do wieńca?
OdpowiedzUsuńTo zależy. Czekam na wiadomość, co, gdzie i za ile.
UsuńOstatnio cos za dużo tych ustających funkcji życiowych wokół mnie. I wcale mi się to nie podoba.
OdpowiedzUsuńTo zrozumiałe. Ale też motywujące.
Usuń