Obudziło mnie zimno — z powodu sierściucha okno było otwarte, a pogoda się nam dzisiaj całkiem skiepściła. Zrobiłam sobie herbatę, wymieszałam pomidory z mozzarellą i gzik z rzodkiewką, zagotowałam jajka, wyrzuciłam do śmieci niedorobione guacamole (kłamliwe awokado było niedojrzałe). Do tego na talerzu pokrojona papryka i kabanosy. Zadzwoniłam do rodziców, którzy byli już po śniadaniu i zdali mi raport ze zdrowia oraz pogody. Fred wstał przed dziesiątą, zrobiłam mu kawę, włączyłam Voo Voo z kobietami (2003), po dziesiątej zabraliśmy się za śniadanko, potem za drugą kawę i jogurt z granolą na deser. Fred zadzwonił do moich rodziców oraz do swojej mamy, która akurat pieszo wędrowała po Wawie od córki do syna. I tak się poturlała ta leniwa niedziela. Obejrzeliśmy odcinek Sherlocka, 3.01 (2014), taki sobie, trochę za szybki, albo to ja zwalniam. Fred przy punkowych dźwiękach wyprasował sterty ubrań, ja poszłam na długą drzemkę regeneracyjną. Po późnym obiedzie obejrzeliśmy też pierwszy odcinek Nocy i dni (klasyka, lubię, chociaż mnie przygnębia). Jeszcze Gosi ze Szkocji haul zakupowy i to by było na tyle. Mało się dzisiaj ruszałam, więc kilka przysiadów i po niedzieli.
U mnie było słonecznie i dość ciepło, a mama - 20 kilometrów bardziej na północ - miał solidny grad i pierwszą wiosenną burzę.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, u nas kwiecień-plecień przez cały poniedziałek :)
Usuń