Ależ się mi dobrze spało. Dla odmiany małżonek wstał wcześniej, ja przyturlałam się do kuchni o dziewiątej. Na śniadanie resztki wczorajszych naleśników i krewetki w maśle czosnkowym.
Wyjechaliśmy do Swords, Fred miał tam do odebrania baterię do kosiarki (wczoraj już przetestował, że jedna nie wystarcza na wykoszenie całego trawnika). Przy okazji powstał lepszy pomysł, wsparty dobrą pogodą. Zajrzeliśmy do ogrodów w Malahide. Zdawało się mi, że byliśmy tam całkiem niedawno, tymczasem pamiętniczek podpowiada, że ostatnio w roku 2018. Całkiem możliwe, że mój mózg myli posiadłość w Malahide z nieodległym Ardgillan (w którym byliśmy trzy razy w ostatnich 3 latach). Oczywiście zaszliśmy do motylarni (szybko wyszłam, dla mnie za gorąco), szwendaliśmy się po ogrodzie za murem ...
... potem po zachodnim parku (w którym przez jakiś czas towarzyszyła nam ciekawska kawka, która nie spieszyła się ani na gody, ani do jajek, ot, dziobała sobie w trawniku, albo spacerowała po ścieżce).
Po spacerze pojechaliśmy do pawilonów Swords na obiad (pizze zostały wciągnięte co do okruszka), potem na chwilę do domu, żeby nakarmić kota i łapczywie napić się herbaty (to ja). Dzień pod Dublinem na początku ewidentnie podeszczowy, zrobił się słoneczny i bardzo ciepły, płaszcz, który zabrałam ze sobą, do niczego się mi nie przydał. Za to gdy zjeżdżaliśmy z górki do wsi, krajobraz spowiła mgła morska. Byliśmy umówieni na wieczór z Ka&Jot, w planach na krótko, trochę dlatego, że jutro oboje pracujemy, trochę z innych powodów związanych z częstym ostatnio nastrojem pani domu. Wizyta była przyjemna, uaktualniliśmy dane na temat przeżyć, wyjazdów i opinii, przyjaciel podzielił się swoim problemem rodzinnym, którego mu współczujemy. Po dziesiątej przed domem przywitał nas kot mokry od mgły.
Czyli przebimbane, czyli nic nie zrobiłam. Trudno, suszę włosy, Kochany już w łóżku próbuje znaleźć wygodną pozycję do zapadnięcia w sen, bo jutro jest jutro.










Po to jest niedziela żeby bimbać.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, no nie wiem, to zależy czy masz coś do zrobienia (a ja mam).
UsuńŚwiechno ( Moniko? Jak tu się zwracać do osoby o kilku nickach? ) , czy to Ty, z tymi przepięknymi włosami?
OdpowiedzUsuń@Agniecha, dobry jest każdy do którego się przyznaję :D Siwa głowa jest moja, zaiste.
UsuńZapuszczam. Zainspirowałaś mnie.
Usuń@Agniecha, ha! bardzo pozytywne, pochwalę się mężowi. Nie wiem czy chodzi Ci o same włosy, czy o kolor - w tym ostatnim zainspirowała mnie sąsiadka z naprzeciwka, która jest w moim wieku (Anne, czasem ją tu wspominam). Nie jestem zupełnie siwa, moje ciemne kudły jeszcze gdzieniegdzie widać, ale mam po bokach nad uszami zupełnie białe pasma, jak borsuk. Bardzo się mi to podoba i do permanentnego farbowania już nie wrócę (jeśli kolor, to jakaś wściekła odżywka się mi marzy, różowa albo zielona :D). Ostatnio farbowałam włosy dzień przed ślubem, czyli to co widać teraz, to ostatnie cztery lata odrostu.
UsuńMoniko, ja cały czas oscyluję pomiędzy wadami posiadania włosów długich a wadami posiadania włosów krótkich. Co przełożyło się w praktyce życia na długość od "pod uchem" do " do ramienia". A łącząc ten fakt z niechęcią do chodzenia do fryzjera, dochodzę do wniosku, że znowu pozwolę im rosnąć. A jeśli chodzi o kolor, to zawsze byłam przekonana, że siwy jest piękny. Ale wiadomo, kobieta zmienną jest i dwa lata temu się farbnęłam na rudo. Raz. A właściwie dwa. Ale to nie dla mnie, bo zwykłe farby nie są dobre dla zdrowia a znowu trzymać hennę na kłakach mojej grubości i ilości to ze cztery godziny łażenia w ręczniku na głowie. Jejku, ja naprawdę się nie nadaję na kobietę współczesną.
UsuńA z siwych włosów inspiracją dla mnie jest też postać Concepty w takim śmiesznawym angielskim serialu kryminalnym pt.;" Hope Street". Jej kłaki są prawie tak piękne jak Twoje.
@Agniecha, przez większość życia miałam długie włosy (oceniam, że połowę z moich 48 lat miałam włosy dwa razy dłuższe niż na tym zdjęciu), do tego zazwyczaj noszę je rozpuszczone (gdy byłam dzieckiem nikt mnie nie czesał i nie zaplatał mi warkoczy, bo babcia i mama zawsze były zajęte pracą, nie chodziłam też do fryzjera). W efekcie nigdy rozpuszczone włosy mi nie przeszkadzały (bo "przeszkadzanie" to nawyk), a jako bonus, nadal mam je gęste (od noszenia uciągniętych fryzur włosy się szybciej przerzedzają). Z czasem pewnie dojrzeję do tego, żeby je samodzielnie obcinać (przez ponad 10 lat chodziłam intensywnie do fryzjera, gdy włosy farbowałam, wcześniej chyba z 2-3 lata sama nakładałam hennę - to była męka; teraz wpadam do fryzjera raz-dwa razy na rok, )
UsuńNo właśnie jak? :)
OdpowiedzUsuń@MaB, tak jak odpowiedziałam powyżej, nie mam problemu z wymiennością ksywek :)
UsuńNie było barwniejszych motyli?
Usuń@MaB, pewnie były, i to sporo :)
Usuń