Byłoby bardzo miło, gdyby u nas ludzie też chodzili od ołtarza do ołtarza. Ale akurat nic z tego, trzeba było wstać do pracy.
Przed południem praca polegała na tym, że wybraliśmy się na piechotę do południowej części miasta przez 67 schodów i graliśmy w kręgle. Po południu też niezgorzej. Miałam okazję spacerować, więc zmiana pogody na mniej miłą nie umknęła mojej uwadze. Fred zabrał mnie po czwartej, weszłam do domu, walnęłam się do łóżka i dopiero obiadek mężowski mnie obudził (Kochany zrobił mix wegeleczo i meatballsów z kartoflami). Może się trochę wychłodziłam, albo co, w każdym razie obudziłam się z bólem głowy i małżonek mnie bardzo ładnie poratował. Na deser zaliczyłam rozmowę z teściową, która już wróciła z sanatorium. Ziew. Trzeba się brać za to, za co miałam się brać.
A myślałem, że tylko mój obiad był dziwny (mrożonka, która miała być mięsem w sosie okazała się krupnikiem, a miałem już wcześniej ugotowany makaron) :D
OdpowiedzUsuń@Dariusz, u nas obiad wynikł z tego, że Kochany szukając flaków niechcący otwarł inny słoik Pudliszek :D Ale było bardzo dobre, wylizałam talerz do czysta.
UsuńCzy to był słodki deser czy raczej kwaśny?
OdpowiedzUsuń@Tomek, w sumie mało słodki, w sam raz. Tyle, że teściowa wspomniała o mojej magisterce, a ja na to ostatnio nerwowo reaguję :D
Usuń