Parna, szara pogoda gdzieniegdzie podlewana mżawką. Wystarczyło, że w przerwie na lunch przeszłam się po kawę i byłam cała mokra, bardziej z powodu duchoty niż deszczu. W komputerowym chodziły dwa wiatraki, ale i tak wszyscy byli zaorani aurą. Fred ma dzisiaj nockę w Belfaście (z pewnością będzie wracał o świcie), ale jeszcze zdążył mnie przywieźć z miasta i mogliśmy chwilę pogadać nad fastfoodowym obiadem (udka kurczaka a la w podobie po chińsku). Po wyjeździe męża odgruzowałam tapczan z ubrań i przy prasowaniu pożegnałam się z dwudziestym sezonem Midsomer Murders. A teraz trzeba mi zanurzyć się w starość.
A na Mazurach nadal susza.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, u nas też deszczu nie dość. Bo to tylko takie figliki.
Usuń