Kochany zawiózł mnie do pracy i zabrał z pracy, czyli luksusów doświadczam nie każdej żonie dostępnych (po moim powrocie z Polski dwóch uczniów nam przybyło, Matju i Timo, ale niewiele mnie to obchodzi).
Nie wróciliśmy od razu do domu, bo pojechaliśmy oglądać nowy telefony, potem jeszcze zerknęliśmy do TK Maxxa. W domu okazało się, że w Kuchniosalonie czeka na mnie prezent, kaszmirowy kardigan Tahari w pomarańczowym kolorze i miękkości niebiańskiej (będę się miała czym ogacać w czasie ślubu Usz i Szwagrowskiego). Kochany kupił go dzisiaj w TK Maxxie, ale za funty, czyli pojechał aż do Newry. Wszystko przez to, że byłam w pracy długo, a on nie mógł się doczekać. Wtedy jeździ się do Newry i z powrotem, żeby nie być samemu w domu, bo smutno.
Radny napisał do mnie z informacją, że prasa podłapała temat i sprawa ruszyła (czy jednak będziemy mieli te progi spowalniające w naszej wsi to czas pokaże).
Po obiedzie rozmawiamy telefonicznie z Aś. Ostatnio nie kontaktowaliśmy się z nią za często, może jest szansa na spotkanie w weekend. Przedwstępnie zaś wychodzą przyjemne fakty o naszej przyjaciółce, która się trochę wstydała, ale nam w końcu powiedziała: od jakiegoś czasu chłopaka ma i antydepresanty odstawia. Pogratulowaliśmy jej oczywiście, bo miło, gdy u ludzi dzieją się dobre rzeczy.
Nadal kaszlę i nie wiem, jak będzie w piątek z mówieniem dłuższych tekstów, ale ogólnie nie czuję się gorzej, a nawet jestem o promil mniej zmęczona (czyli lepiej?).
Rory.
Dobrze, że idzie ku lepszemu.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, tak.
Usuń