Noc nieco męcząca, w drugiej połowie więcej kaszlu. Oddzwoniłam do Anny, która usiłowała się ze mną skontaktować wczoraj wieczorem - dopiero dowiedziała się o Rysiu i chciała się upewnić, czy to nie plotki. Rozmawiałyśmy tylko chwilę, zaraz złapał mnie kaszel i szybko miałam dość. Mama też dzwoniła i doradzała mi w tematach zdrowotnych. Tak się złożyło, że właśnie Fred wrócił z szybkich zakupów, przywiózł test na covid i byłam w trakcie dłubania sobie w nosie. Test wyszedł mi słabo pozytywny (mglista kreska zniknęła po godzinie, bardzo dziwne), więc teraz nie wiem, co wiem i co mam z tym robić. Chyba kolejny test, bo można na nim oprzeć dalsze zwolnienie (a wolnych dni potrzebuję, kaszlę jak nieszczęście).
To już tydzień mija od bezsensownej śmierci Rysia, ale nie podejmuję się pustej celebracji godzinkowej, bo dzisiaj jest dzisiaj.
Po obiedzie zasiedliśmy do Dantona (1982) Wajdy (nigdy nie widziałam całego filmu, więc było to ciekawe; Pszoniak i Depardieu fantastyczni). Anna ponownie zadzwoniła, żeby zapytać o moje zdrowie (albo czuje się samotna, albo nie pamiętała, że już o tym dzisiaj rozmawiałyśmy). Na to ja dzwonię do mamy, w sumie tak sobie, nie mam nic do dodania, ani siły głosu, żeby dodać dużo. Na deser dnia mówię brzydkie rzeczy do Fredowego laptopa. Całe szczęście, że mąż postanowił go w końcu naprawić przez wyłączenie i włączenie, bo inaczej sprzęt oberwałby kubkiem. Kochany ma dzisiaj żonę wulgarną i skłonną do przemocy fizycznej ;) I jeszcze ten radny :I
Marzenia do spełnienia: noc bez kaszlu.
Dantona uwielbiam.
OdpowiedzUsuń@Teatralna, Depardieu w szczytowej formie.
UsuńA jak dzisiaj? Lepiej?
OdpowiedzUsuń@Dariusz, nie doczekałam się przepisania czegoś na kaszel i chyba z wkurwu poczułam się lepiej ;)
UsuńI tak trzymać!
Usuń