Kochany ponownie miał długą noc. Wychodząc z domu znowu nieomal przewróciłam się o Bána. W ciągu dnia mąż odebrał moją paczkę od kuriera (tzn. usłyszał walenie w drzwi i zobaczył tył kuriera pakującego się do samochodu), potem przyjechał po mnie do miasta, gdy skończyłam pracę, zrobił zakupy w Tesco i sprawdził jeszcze w TK Maxxie, czy obniżyli cenę kaszmirowego szala, który sobie upatrzył. Rura im zmiękła, szal należy do Freda. Musztardowy ;)
W domu rodzinnym stało dzisiaj na termometrze -15°C (rozmawiałam ponad pół godziny z mamą, gdy Kochany tworzył obiad). Obiad zacny: smażone robaki + sałatka grecka à la Fred. Po posiłku (celebrowanym z jednoczesnym słuchaniem New Model Army) zasiedliśmy do filmu Jarmuscha, Noc na ziemi (1991). Bardzo mi pasował do klimatu dzisiejszego wieczora. Internetowe kalendrynki przekonują, że światła przybyło. Nadal wątpię.
New Model Army... Coś mi się kojarzy. Chyba brat tego słuchał.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, też znałam bardziej z nazwy niż z muzyki (i teraz nadrabiam jako żona).
UsuńOdpaliłem na moment jakiś przypadkowy album grupy na Spotify przy lekturze blotki i wyłączyłem w połowie pierwszej piosenki. Nic dla mnie, nie w tym momencie życia w każdym razie.
Usuń