Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarmusch. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Jarmusch. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 23 kwietnia 2026

2319. Weterynaryjny czwartek.

Dzień zaczął się mało komfortowo, zawoziliśmy myszkę Bronię do weterynarza na nieprzyjemną procedurę. Koteczka oczywiście energicznie protestowała i pozostawała niepocieszona. W klinice wyjaśniono nam co i jak, mąż podpisał papier i musieliśmy ją zostawić samą na kilka godzin. Wróciłam do pracy, Kochany wrócił do domu. 

Po raz kolejny widzieliśmy się po drugiej. Trzeba było odebrać Bronię po sterylizacji. Pani poopowiadała nam możliwe scenariusze, nie przewidziała natomiast, że nasza myszka jest mistrzynią wysmykiwania się z uprzęży, więc kołnierz to dla niej pestka, poza tym może inne koty nie lubią jeść po zabiegu, ale królewna jest ponad to. Wszystkie te nieścisłości w przewidywaniach mąż wziął na klatę, podczas gdy ja ponownie wróciłam do biura.

Skoro tak rzadko jeżdżę autobusem kolekcjonuję obserwacje: np. na rogu Cross Lane zniknął zielony gąszcz razem ze skrywającym się w buszu pustostanem, ostał się niski murek i martwe pieńki wielkich drzew... albo: kobiecie wyglądającej na Meksykankę, którą pamiętam jak kiedyś podróżowała z dzieckiem, wyrosła broda (pewnie jest w procesie tranzycji; nadal mieszka w tej samej wsi) ... albo: ależ piękny jest nasz zakątek, błękitna woda zatoki z białymi piuropuszami wielkich fal. Przy drodze do osiedla spotkałam Gerarda, z tego powodu wiem teraz, że białą terrierkę o imieniu Molly ma już od kilkunastu miesięcy.

Późniejszym popołudniem Bronia powoli dochodziła do siebie, pozwoliła nawet założyć sobie na powrót kołnierz. Za to Mańka nie mogła przeżyć olfaktorycznej podmianki i syczała na siostrę jak na obcego. Na obiad pierogi z gotowca (znowu mieciu w tle), potem życie rodzinne: telefon do mamy (pokazuję jej Bronię), Fred dzwoni do brata z okazji na okazję, Anne wpada na chwilę (pożyczyłam miękki kołnierz Junony, na wszelki wypadek, bo jak przyszło co do czego, pozostawiliśmy sprawy własnemu losowi — Bronia znowu ściągnęła kołnierz weterynaryjny i zasnęła w ulubionym drapaku, nie było sensu jej nagabywać, potencjalne szkody oszacujemy o poranku).

Na odsapkę, bo w cholerę ciężki emocjonalnie był to dzień, Jarmusch, Father Mother Sister Brother (2025).

piątek, 6 grudnia 2024

1815-1816. Mikołajki i in.

Czwartek
Tak nastawiłam budzik, że byłabym zaspała, gdyby nie mózg mój z wewnętrznym tykającym zegarem, który obudził mnie dziesięć minut przed czasem: ej, ej, sprawdź godzinę, chyba nie nastawiliśmy tak, jak trzeba

Podróż z Kochanym; soundtrack jakiegoś nieznanego nam koncertu Jethro Tull w tle. Praca prawie jak przyjemność (chociaż zdenerwowała mnie księgowa, ale to w Centrum; Alis is a c*nt). Po południu Kochany czekał na mnie przed drzwiami wyjściowymi Jamy i mókł. Szybko przetransportowaliśmy się do domku, żeby raz dwa zrobić obiad. Przed czwartą byłam już napasiona jak opos, a w głośnikach śpiewał mi Ralph Kamiński. Potem próbowałam się relaksować leżąc pod kołderką; sen nie przyszedł, ale nie narzekam ani trochę. Sinozęby nie chciał połączyć mojego laptopa z ekranem tv; Fredowi udało się po dłuższych próbach, postanowiliśmy to uczcić oglądaniem Mistery Train (1989).

Piątek
Zaczęłam dzień wysłaniem listu z oficjalną prośbą do Katriny; kilka sekund później zauważyłam literówkę w imieniu (za późno). Trudno, świetnie (mogłabym powiedzieć facepalm, ale postanowiłam zmierzać w kierunku zen = gniew ani martwienie się o ocenę mnie nie przytłaczają).

Po śniadaniu zatekstowałam do Anne z pytaniem, czy chce lindory o smaku irish cream (Kochany pomylił się i kupił nie takie, jakie zamierzał), ale zanim sąsiadka zdążyła wpaść do nas po porannej kąpiółce, sama jej zaniosłam dwa pudełka słodyczy, bo my z kolei wymyśliliśmy sobie, żeby jechać do miasta na wąchanie książek już, teraz, natychmiast. Gdy wręczałam jej podarek, Anne dała mi z uśmiechem czerwoną kopertę; dopiero w samochodzie sprawdziłam, że w środku jest karta podarunkowa Caffè Nero opiewającą na €25. Nie w kij dmuchał!

Pogoda paskudna, ale mam na sobie WBPP (wielki brązowo płaszcz przeciwdeszczowy) i żadne babrania chmurowe nie są mi straszne. Zaparkowaliśmy na trzecim piętrze Scotch Hall, stamtąd sturlaliśmy się windą w dół do Waterstonesa; Kochany szukał książki dla irlandzkiego znajomego, a w rezultacie kupił mi mikołajka, książkę Keegan, Antarctica (pani sprzedająca też docenia Claire i ma swoje ulubione opowiadania, ha!). Z SH pobierzaliśmy przez most do Czarnej, żeby zbunkrować się w najdalszym kącie z kawami kupionymi dzięki niespodziewanemu prezentowi od sąsiadki (pani Stempelek 3 śmiechujkowała, że tym razem oboje bierzemy kawę na miejscu). Po kawie i przegryzce wróciliśmy do Babci, następne nasze przystanki to: sklep zoologiczny, TK Maxx, Tesco. W pierwszym miejscu zrobiliśmy szybki przegląd kocich przysmaków i przywitaliśmy się z koteczką ze schroniska. W drugim kupiłam mikołajka dla męża (zielony T-shirt z merynosów, Good Man), prezent dla Anny (zestaw mydeł i kremów) oraz zestaw ołówków grafitowych i suchych pasteli dla siebie.

Po powrocie do domu odkryłam, że zupa o której sądziłam, że jest grzybowa, jest zupą warzywną. Wszystkiemu są winne karły i gnomy, wycedził Fred. Mój przypadek z zupą i mężowski przypadek z lindorami jak najbardziej to potwierdzają. Zastanawiam się, jak zawrzeć z nimi pokój.

Obejrzeliśmy na dvd Człowieka z żelaza (1981). Długi film, z trzewi PRL-u, bardzo nas nastroił filozoficznie, wspólnie i osobno analizowaliśmy jak to kiedyś było. Dużo za późno przypomniałam sobie, że przecież nie ugotowaliśmy głównego obiadu (za to słuchałam smętnych piosenek Draco Rosy).

czwartek, 12 września 2024

1731. Lejter.

No proszę, Stokrotka wyśle mi swoją książkę zatytułowaną Zwariowałam, wygrałam ją w blogowym konkursie, którego nie wzięłam na poważnie. Chyba pierwszy raz mam taką sytuację :)

Kochany zawiózł mnie do pracy i przywiózł z powrotem (zajęcia przebiegły bez zakłóceń), zrobił zakupy i sprezentował mi mięciutki, szary T-shirt (Majestic Filatures). Gdy mąż przygotowywał obiad, dokończyłam słuchanie The Murder of Richard Ackroyd Christie. Ścinało mnie dzisiaj z nóg; po obiedzie już miałam iść spać, ale odebrałam wiadomość od Anne i wpadłam do sąsiadki, żeby pokazała mi co i jak z Junoną tym razem. W ramach walki ze snem (może to coraz zimniejsza pogoda tak nas oboje nastraja łóżkowo?) obejrzeliśmy też z Kochanym nowszego Jarmuscha, Truposze nie umierają (2019); mnie się podobał, lubię ten rodzaj humoru. W głośnikach album Variété (1993) i koncertowy Perfect (1983). Myślenie co z szafkami, co z cv, co z tym i owym zostawiam sobie na jutro.

wtorek, 9 stycznia 2024

1485. Rozpieszczana.

Kochany ponownie miał długą noc. Wychodząc z domu znowu nieomal przewróciłam się o Bána. W ciągu dnia mąż odebrał moją paczkę od kuriera (tzn. usłyszał walenie w drzwi i zobaczył tył kuriera pakującego się do samochodu), potem przyjechał po mnie do miasta, gdy skończyłam pracę, zrobił zakupy w Tesco i sprawdził jeszcze w TK Maxxie, czy obniżyli cenę kaszmirowego szala, który sobie upatrzył. Rura im zmiękła, szal należy do Freda. Musztardowy ;)

W domu rodzinnym stało dzisiaj na termometrze -15°C (rozmawiałam ponad pół godziny z mamą, gdy Kochany tworzył obiad). Obiad zacny: smażone robaki + sałatka grecka à la Fred. Po posiłku (celebrowanym z jednoczesnym słuchaniem New Model Army) zasiedliśmy do filmu Jarmuscha, Noc na ziemi (1991). Bardzo mi pasował do klimatu dzisiejszego wieczora. Internetowe kalendrynki przekonują, że światła przybyło. Nadal wątpię.

piątek, 8 grudnia 2023

1453. Ósmego grudnia.

Gdy Fred tuż po południu zajechał pod Centrum, zaproponowałam rajd do Costy. Mieliśmy bardzo dobre wyczucie czasu, bo za nami w kolejce stanął Ka (ze swoim podopiecznym), który zauważył skwaszoną (jak zwykle) minę Aury i zaśmiewał się z tego serdecznie (mamy zaproszenie do przyjaciela na jutro). Kawa była oczywiście bardzo dobra, nasz emotional bullying też niczego sobie, do domu zjechaliśmy około drugiej i od razu wyhaczył nas Bán z zapytaniem, czy go lubimy. Ugięliśmy się (borze, jacy my jesteśmy miętcy wew środku) i gamoniowaty sąsiad dostał jedną puszeczkę jedzenia (na zewnątrz, żeby nie było). 

Kochany błądząc dzisiaj po mieście znalazł jeszcze jedną rzecz wartą kupienia, wełnianą czapkę w stylu hełmu z lat 20-tych (błękitny Seeberger). Fred myślał przy tym o teściowej, ale ponieważ w tym roku kupiliśmy już mamie czarną czapkę z tej samej firmy, w identycznym kształcie (to się nazywa cloche), a wiem, że mama ma drugą bardzo podobną, hełm wylądował na mojej głowie i bardzo się z niego cieszę (teraz myślę o jakiejś zajebistej broszce do hełmu, najlepiej w mocno kontrastującym, oczojebnym kolorze).

Ucieszyły mnie również zmiany na koncie bankowym: niespodzianie pojawiła się spora sumka zwrotu podatku za zeszły rok. Bardzo dobrze (szybko się uwinęli, spodziewałam się kasy raczej przed naszym wylotem do Polski). Z innych ogonów: umówiłam już Freda z polską fryzjerką (mąż bardzo się domagał stworzenia sytuacji dogodnej do przedświątecznych postrzyżyn).

Obejrzeliśmy z Kochanym Inaczej niż w raju (1984) Jarmuscha. Jak zwykle, dobry Jim :) A teraz prysznic, książka, ciepła herbata, łikędzik zasłużony a miły sercu.

sobota, 25 listopada 2023

1440. Odpoczywamy 1.

Wczoraj Fred pierwszy raz po letniej przerwie nasypał ziarna do karmników i wystawił kulki dla szpaków. W sam raz, ponieważ poranek przyprószył ogród szronem. Przy śniadaniu zdarzyła się wspaniała rzecz: zadzwonił elektryk i zapowiedział się z wyprzedzeniem (świat się kończy - zazwyczaj specjaliździ dzwonią stojąc już przed domem, albo na 10 minut przed wizytą). Elektryk przyjechał w samo południe, postukał, popukał, wlazł na strych i z góry przetknął nowy przewód. Poza tym przyjechał, bo jest podwykonawcą (jego firma, jego piniądz). Elektryk naprawił, Kochany zrobił jeszcze dwie dziury w ścianie, żeby zawiesić na niej odkurzacz (tak jak miało być na początku) i ponieważ na zewnątrz jeszcze tliło się chłodne, słoneczne popołudnie, wyszliśmy na spacer nad morze:


Po spacerze od razu pojechaliśmy do Drołdy, najpierw na kawę do zatłoczonej Costy, potem na spacer po TK Maxxie (w celu obczajenia potencjalnych prezentów dla sąsiadów). Stało się więc tak, że z zaskoczenia kupiłam Sanditon Jane Austen ze wstępem-esejem Janet Todd (Fentum Press, 2019).

Muzycznie dzisiaj znowu Jethro Tull, Minstrel in the Gallery (1975/2002) oraz Van der Graaf Generator z Pawn Hearts (1971). Małżonek zrobił obiad, którym opchałam się do rozpęku. Późniejszym wieczorem obejrzeliśmy rodzinno-egzystencjalny dramat psychodeliczny z życia wampirów, Tylko kochankowie przeżyją Jarmuscha (2013). Recenzja: ptasie mleczko.

wtorek, 14 lutego 2023

1156. Walentajnsdej.

Od samego rana silny wiatr i pogoda paciająca okna drobnym deszczem. Zostałam obudzona przez alarm w telefonie i męża, który wręczył mi prezenty walentynkowe: czerwoną torbę Kensington Geigera, zamszowe martensy w różowato-żółtawe maziaje, kaszmirowy szal Zwillingsherz oraz ... brakujące zapięcie do kupionej jakiś czas temu torby na laptopa (Fred załatwił to po kraciastemu). W temacie torby Kensington, w sieci piszą, że to głowa orła. No chyba ślepi są! Widzę kuropatwę, zresztą Ryszard potwierdził:

Rozbijam buty, oglądamy odcinek śpiewającego Reksia (mężowi się melodyjka wkręciła), dyskutujemy o narkotykach w naszym mieście. Po pracy (która polegała głównie na czekaniu, aż menadżerka będzie miała czas na zoom ze mną lub czytaniu tekstów na temat nowego grantu) podłubałam trochę przy magisterce i rozmówiłam się z rodzicami (mama pichciła dewolaj ze schabowego, tatko chwalił się, że niedawno upiekł placki ziemniaczane; ostatnio zawsze są zadowoleni, co bardzo podnosi mnie na duchu). Zjedliśmy z Fredem szybki obiad i pojechaliśmy zrobić zakupy, głównie po to, żebym mogła przewietrzyć głowę. Przy okazji weszliśmy do TK Maxxa, gdzie Kochany kupił bratu kurtkę, a ja mojemu Kochanemu walentynkę (bo tak mam, że wolę zapytać, zamiast robić niespodzianki; Fredowi spodobała się koszulka polo z merynosa Costelloe i czarna koszula w czachy DKNY). Świat wydaje się dzisiaj lepszy, cele bardziej osiągalne. Po dobrej kolacji oglądamy Broken Flowers (2005) Jarmuscha, który znowu pokazuje zupełnie inną Amerykę.

niedziela, 29 maja 2022

893-894. Ostatni weekend maja.

Jujka się w końcu odezwała w sobotę. Tak jak myślałam, będę pracę finalizowała raczej sama, bo dziewczyna nie może ogarnąć. Nie mam problemu z tym, żeby jej nazwisko dopisać do tekstu, od początku chciałam go napisać sama, a moim jedynym celem było zaliczenie przedmiotu. Nie bardzo nawet dociekam na ile problemy Jujki są niezmyślone, nic do niej nie mam po prostu. Idziemy dalej.

Po takich rozmyślaniach zaczęłam się ubierać, bo Kochany wyciągnął mnie do krzakolandii. Z krzaczorów nie kupiliśmy nic, za to ładna pogoda zachęciła nas do odstawienia samochodu na miejski parking i spaceru do Stockwell Artisan Foods (tym razem daliśmy spokój z denerwowaniem Aury, na chwilę tylko wstąpiliśmy do Tesco, gdzie przy okazji poznałam Tanyę, znajomą Freda z pracy). Konsumpcja falafelów była, oraz pyszne ciasto na deser.

Gwen poinformowała nas, że jutro (czyli dzisiaj) w Oldbridge jest jakaś impreza plenerowa, bardzo to miło z jej strony. Aż mi trochę żal, że wcześnie po południu zaczynam wykłady, bo albo to, albo wyjazd z rodzinką Ka do zoo w Dublinie byłyby fajnymi opcjami. 

Nie spacerowaliśmy długo, krótkie zejście do rzeki po drodze na parking i jusz:

Po powrocie do domu była pogadanka z Katlin nadzorowana przez Ryszarda, który od razu się odnalazł, oczywiście. 

Potem kawa i wykład z neuro. Fred tymczasem rozłożył się przed domem z yerbą, żeby sobie posiedzieć w słońcu, potem brzęczał kosiarką. No i tak, nie ma zerowego terminu z egzaminu neuro, więc natychmiast kupiłam bilet na kolejny szybki weekend w Polsce. Wprowadziło mnie to w nastrój mało euforyczny. Fatalnie jest być biednym. 

Ale przynajmniej była wczoraj dobra pogoda. 

Po moich edukacyjnych nadwyrężeniach wybraliśmy się do Ka. Jot akurat była u znajomych, wróciła później, więc zeżarliśmy pizzę bez jej udziału. Udało się nam obejrzeć kolejny dobry film Jarmuscha, Paterson (2016), o tym, że każdy może być artystą (ale nie w tym sensie). Najbardziej nieamerykański amerykański reżyser. Z powodu seansu zaczęłam niedzielę po północy i znowu jestem niewyspana. A tak z obserwacji zachowań ludzkich wnioskuję, że może ślub będzie niedługo u przyjaciół.

W niedzielę za to jesteśmy domowi. Razem z Kochanym szukamy po świecie rodziny babci Freda od strony ojca, a dzięki głupiutkiemu quizowi na onecie (muzykę rozpoznaję po jednej nucie) z rozrzewnieniem wspominamy starego Robin Hooda. Wykłady całkiem spoko, w międzyczasie Kochany robi obiad. Siedzę przed laptopem większość dnia i tylko od czasu do czasu wpadam w ekscytację.
___
edit 22:15 Tajemniczy ogród (1993) Holland. No i co? Zamiast iść spać czytam o tarpanach.

niedziela, 23 maja 2021

523. I scream, you scream, we all scream for ice cream!

Powracając jeszcze do wczorajszego Dublina, tłumy w centrum miasta były nieprzebrane, żadnego dystansu w komunikacji miejskiej, kilka gigantycznych kolejek przed pubami, które sprzedawały piwo na wynos, w Stefanie to już kompletne ocieractwo.

A dzisiaj sąsiedzi skończyli imprezować o szóstej. Tym razem nie słyszałam śpiewanych przebojów, ale odnosiłam wrażenie, że gości było więcej, niż w poprzednią sobotę.

Niedziela pod znakiem niedrożnego odpływu kuchennego. Zaszłam do Anny z pytaniem o hydraulika i okazało się, że sąsiadka od piątku czeka na gościa, który uruchomiłby jej ogrzewanie, więc Fred mógł jej w tym pomóc. Z naszym niedrożnym odpływem bez zmian przynajmniej do jutra. Niby zmywania nie lubię, ale piętrzący się stos brudnych naczyń nastrój mi rozstraja.

Tymczasem u rodziców w Polsce goście, kontakt po latach był udany. Rozmawiałam z mamą ponad godzinę, snułyśmy plany dotyczące naszego przylotu, nie wiem czy realne, ale zawsze miło jest posnuć. 

W poszukiwaniu filmu na wieczór obejrzeliśmy z Fredem ostatnie pięć minut Harleya Davidsona i Marlboro Mana (1991). Był taki film i nie muszę już sprawdzać, jak był słaby. Za to posiedzieliśmy dzisiaj przy Down by Law (1986) Jarmuscha. Kapitalny, nie umiem uzasadnić, ale kapitalny.

niedziela, 14 czerwca 2020

179. Jakoś.

Jest. Laptop na razie działa jako tablet, jak długo, to się okaże w praniu. Tymczasem przez pochmurny poranek przebiło się parę promieni słońca, i jeszcze przed obiadem Fred wybył przed dom, żeby dokończyć oczyszczanie rządka lawendy pod oknem. Po obiedzie poszliśmy nad morze, bryza chłodna, ale spokój, cisza, pogoda w tygodniu zniechęciła niedzielnych turystów do najazdu. Kota musieliśmy napaść pasztecikiem, żeby nam nie towarzyszył, tak więc, gdy wracaliśmy do domu, widać go było z daleka, leniwie rozłożonego na dachu naszego samochodu. Pod północ, po pizzy, zatapiamy się w Jarmushu. Nieustające wakacje (1980) pełne symboliki. Czy osoby robiące opisy do filmów w ogóle je oglądają?