Kochany zawiózł mnie do domu, ale po pracy wracałam już autobusem — z samochodem wyniknęło więcej spraw i lepiej go oszczędzać na godzinę bardzo czarną. Ale pogoda po sztormie ładna, spokojna, bez problemu przespacerowałam się do polskiego sklepu, Tesco i bankomatu. Mimo wszystko jakoś tak pozytywnie; pomachał mi gość od chłopaka na wózku (czatowaliśmy chwilę), pani słuchająca audiobooków też uznała, że jesteśmy sąsiadkami (z drugiej strony wsi, ale przecież jednak). W drodze do domu towarzyszył nam księżyc w pełni, co zauważyła jedna ze starszych pań (o kuli), gdy puściłam ją przodem na naszym przystanku. Jego poświata pięknie odbijała się w łagodniejącym morzu.
Po powrocie do domu (jeszcze przed obiadem zrobionym przez Freda) aplikowałam o pożyczkę. Kochany mieszając gnocchi ustalał z kolegą Zbyniem detale najnowszego projektu (który się będzie robił już po moim powrocie od rodziców). Ogólnie widoki miłe (może poza bankiem, chociaż i tutaj nie wiadomo, trzeba czekać), choć po posiłku oraz krótkim odpoczynku (herbata, mandarynki, kwadrans ćwiczeń, prysznic) trzeba mi się było zabrać za strupa na głowie (piątkowe zajęcia). I tak mi zeszło do teraz. Dalsze plany: mycie zębów, lektura, spać.
U mnie jeszcze kilka dni odwilży i też będą warunki do spacerów.
OdpowiedzUsuń@Dariusz, wyskakuję na weekend do rodziców, więc będę miała okazję sprawdzić jak tam w innym regionie.
UsuńTeż na weekend wybywam na wieś.
Usuń