Wczoraj wieczorem zadzwoniła do mnie Anna. Wyszła ze szpitala i przynajmniej przez dwa tygodnie będzie w domu opieki niedaleko nas, podobno żeby nabrać sił (ciekawe, co z tego wyjdzie).
Zrobiło się cieplej, spadł deszcz i spaliśmy przy lekko otwartym oknie. Pomimo długiego snu wstałam zupełnie nieprzytomna. W przyrodzie świergotania i hormony wzrostu, otworzyły się pierwsze narcyzy wystawione przed domem, zakwitł dereń przy przystanku, ja tymczasem jak zombie z bolącymi dłońmi. W Centrum zaszyłam się z komputerami i przeciągałam każdą czynność, żeby nie było konieczności brania się za coś innego. Przerwa z kulyżankami pokazała mi, że nie ja jedna byłam spowolniona (tematyka rozmów kręciła się wokół zdrowia psychicznego i przystojnego księdza z którego powodu Bridżet od czasu do czasu zachodzi do kościoła). Pracownicze przeczekiwanie zwieńczyłam spacerem do B&B, krótką rozmową z Izoldą i zjedzeniem muffinki z malinami (wtedy jeszcze nie wiedziałam, że rano obsługę sąsiadującego Marksa & Spencera poinformowano o planach zamknięcia sklepu; 57 osób straci pracę).
Po mało twórczym obiedzie (mój zmęczony Walenty zjadł go nie zmieniając munduru) zadzwoniłam do rodziców z życzeniami (bo dlaczego by nie), zrobiłam nam po granoli, po czym zapadłam się w oglądanie kolejnych dwóch (4 & 5) odcinków Barbary i Jana (1964). Fabuła wystarczająco głupia na mój dzisiejszy poziom (a i tak zauważam, że moda pierwszej połowy lat 60-tych raczej nie schlebiała kobiecej sylwetce). Oboje jesteśmy wyzuci z energii, Kochany ma gorzej, bo jutro znowu wstaje przed świtem. Ja mam lepiej, bo 1) wstaję kiedy chcę, 2) mam Kochanego.
To zdecydowanie lepiej mieć takie dwa argumenty :) Pozdrowienia!
OdpowiedzUsuń@Tomku, wiadomo, od przybytku głowa nie boli :)
Usuń