Od rana rozpieszczamy się: kaffka z ręcznego młynka, jogurt z granolą i malinami. Dopiero około południa wzięłam się za konkretną robotę, ale chęci starczyło mi na pół godziny. Za to zrobiłam inny dobry uczynek, ostrzygłam męża (bardzo udanie, uważam). Kiedy zniknęłam w sypialni, żeby scrollować internety na telefonie, mój skarb zrobił nam obiad, kalafiora w beszamelu.
W Centrum zaczynam dopiero od czternastego, taką dostałam wiadomość. Jeszcze dwa tygodnie, dobrze to i źle (cierpię z powodu braku kasy).
Pod wieczór wyszliśmy z Kochanym na spacer nad morze. Słonecznie, ale chłodno, mewy pięknie halsowały, gawrony już not so much ;) Zawróciliśmy przy ostatnim zejściu z plaży. Następnym razem trzeba założyć coś cieplejszego.
Od szwagrostwa pożyczam dwie inspirację: picie większej ilości wody i medytacja. Dzisiaj relaksacja progresywna Jacobsona. Ale to na deser dnia, na razie Fred puścił płytę zespołu Kury, czy kumasz Kęstowicza?; biorę się za przygotowanie zajęć.
Medytacja bez gadżetów?
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, a jakie gadżety do medytacji znasz?
Usuń