W drodze do Kochanego spotkałam różnych takich: czarnego kota łypiącego na mnie zielonymi oczami niedaleko skrzyżowania z Cementową, polującego ptaka drapieżnego, a w kawiarni menadżerkę z byłej pracy, która akurat była w pracy, i która wychodząc krzyknęła do mnie po polsku rozpoznaję twarz!, gdy jadłam flatbread z chorizo bez chorizo.
A to koty bardzo zmęczone po bawieniu się z mamą w dżunglę oraz zabijanie węży i po wysłuchaniu kołysanek poobiednich, improwizowanych (myszy dostały dzisiaj drugą tabletkę na robactwo; dwa grube "węże", prezent od Anne, doskonale się sprawdzają, są trudne do zepsucia i odwodzą maluszki od gryzienia kabli):
Od dzisiaj do czwartku zaglądam do kotów goszczonych przez Anne, bo sąsiadka jest na wyjeździe.

Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.