Po kawiarni, zwyczajowo, spacer do księgarni. Akurat gdy byliśmy w środku, do Freda oddzwoniła Krakuska (mąż wcześniej próbował się z nią skontaktować na okoliczność jej urodzin). Ucięliśmy sobie pogawędkę, pod księgarnią, na spacerze wzdłuż Clanbrassil St, w samochodzie zmierzającym z jednego parkingu do drugiego — przemieszczanie się jak widać nam nie przeszkadzało, trajlowania było z 40 minut.
Ka wrócił już z Polski, odespał przygody, i odezwał się, żeby zaprosić nas na obiad niedzielny do restauranta. Po raz drugi zadzwonił, żeby porozmawiać o ostatnich protestach właścicieli firm transportowych i farmerów, którzy chcą gwiazdki z nieba. Jechaliśmy dzisiaj opłotkami, więc blokad na autostradach nie zauważyliśmy.
Reszta dnia przebimbana dokumentnie, obiad, audiobook, Kochany rozłożył się z pastowaniem butów. Dosłuchałam do końca Panią Dalloway Woolf (Błysk, 2024). Na tapet wjeżdżają Myśliwski w papierze i ebook Cusk z biblioteki.

Ja bimbałam u mamy. Brat wyjechał w czwartek. Smutno.
OdpowiedzUsuń@FrauBe, bimbanie jest dobre, jeśli ładuje akumulatory :)
Usuń