Kiedy leziemy po El Paso bez celu (wcześniej byliśmy w Króliczej Norze na kawie), myślę sobie jakie mam szczęście. Tuptamy bocznymi ulicami, przyglądamy się rachitycznym domom, krzywym kominom, rewitalizacjom i zapuszczeniom (dobra lokalizacja, ale budynki klaustrofobiczne jak w Small Things Like These). Pogoda mokra, parna, wzięłam kurtkę przeciwdeszczową, deszcz dopadł nas dopiero, gdy dojechaliśmy Babcią do sklepu zoologicznego i Dunnesa.
Przejeżdżaliśmy wzdłuż niebieskiej plaży — piraci już przyjechali, są pierwsze namioty. Od razu włączyło mi się myślenie wakacyjne.
O drugiej w domu, powoli robię część obiadu (ryż z pieczarkami), Kochany resztę, słuchamy Paktofoniki i Megadeath. Między opadami deszczu udaje się nam wcisnąć wyjście z koteczkami (Bronia testuje nowe szelki; w oddali słychać burzowe pomruki). Kupiłam już bilety powrotne z wakacji. Tylko powrotne, nadal nie wiemy gdzie dokładnie lecimy z Dublina :D Trochę kasy zeszło z konta, czyli w najbliższych dniach szlaban na bzdury.

Niebieska plaża. Zaintrygowała mnie. Wrzucałaś zdjęcia?
OdpowiedzUsuń@Tomku, to jest bardziej moja poezja blogowa :D, ale możesz sprawdzić ten tag, jeśli jesteś zainteresowany (są pod nim jakieś zdjęcia).
UsuńMatko, ja dostałam wypłatę wczoraj, a dzisiaj jest jej już okrutnie mało... 🫤
OdpowiedzUsuń@Fraube, u mnie wypłata co czwartek, zupełnie przestawiłam się na tygodniówki, lepiej kontroluję przecieki :)
UsuńTak, to o wiele lepszy system.
Usuń