Strony

sobota, 13 czerwca 2026

2370. Lodówka, lato, rozmowy o śmierci.

Sobotę zaczęliśmy dynamicznie: między dziesiątą a dwunastą zapowiedzieli się lodówkowi dostawcy, trzeba było rano wypatroszyć starego Zanussiego i wystawić go przed dom, włożyć szybko psujące się produkty do przenośnej paralodówki i zagadać do Anne czy jeszcze śpi, bo w jej zamrażarce przebywały nasze wkłady chłodzące. Kochany w międzyczasie wyjechał do pracy; pokicałam do sąsiadki po rzeczone wkłady, przy okazji pogłaskałam jej koteczkę, która właśnie piła wodę z kranu; rozmawiałyśmy z Anne tylko chwilę; poranek rześki, w sam raz na spacer nad morze, ale że utknęłam w Kuchniosalonie z produktami wyciągniętymi z lodówki, które idealnie nadawały się na zabawki dla Broni, wydarzenie zostało odwołane ;)

Fish był wczoraj live on Friday. Ładny dom, ładna wyspa, inne życie.

Panowie przyjechali przed jedenastą, szybko i sprawnie załadowali stare, wtoczyli do Kuchniosalonu nowe (młodziak dostał ataku kichania gdy tylko wszedł do naszego ogródka). Trochę mi zeszło na odpakowywaniu i postawieniu sprzętu tam, gdzie jego miejsce. Wykorzystałam nabytek, jako pretekst dla telefonu do mamy, która była dzisiaj rozmowniejsza, opowiedziała mi o śmierci Maksiutkowej i innych przemyśleniach. Temat ciężki, ale adekwatny, takie rzeczy trzeba wygadać. Wysłałam jej kilka zdjęć Maksia z ostatnich pięciu lat. Cieszę się, że mama nie odrzuca pomysłu adoptowania innej jakiejś pokraki potrzebującej domu, choćby i miała być ze Szczecina. Rozgląda się. Rozglądanie się jest rzeczą dobrą.

Wybrałam się na chwilę do rzeźnika rodzinnego, kolejna okazja dojścia do plaży przegapiona, był tylko spacer wsiowy z okazji którego specjalnie nadłożyłam drogi dwa razy przez osiedle :) W osiedlu mijałam dom Polaków i niestety muszę stwierdzić, że ci akurat potwierdzają stereotypy (pan w ogrodzie na tyłach głośno bełkotał coś do siebie okraszając niezrozumiałe zdania kurwami, wczesne popołudnie, dziwny moment na głęboką intoksykację).

Po powrocie Kochanego z pracy obiad, spacer z kotami połączony z sąsiedzką pogawędką, po czym na wieczór znowu poszliśmy na spacer, tym razem tylko we dwoje, zobaczyć nasze morze. W drodze zauważyłam Caroline siedzącą przed domem, robiąca na drutach, Kochany ją zignorował, ale wracając zaproponował ścieżkę alternatywną. W wodzie dużo glonów, fale płaskie, horyzont przejrzysty, kutrów brak, tylko jedna większa jednostka bujała się na tle naleśnika Howth. Niewiele osób; inaczej we wsi, sobota, więc tłum buczał u Przemytników, i po drugiej stronie pub też szumiał gawiedzią. To samo z Szarkeyem, wieś wszerz i wzdłuż oblazła samochodami zaparkowanymi przy drodze. Doszliśmy do domu o dziewiątej, a tu nadal jasno. Lubię kręcenie się to tu to tam, mam szczęście, że wybrałam Kochanego, który lubi kręcić się ze mną.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.