Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podWarszawie. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą podWarszawie. Pokaż wszystkie posty

sobota, 31 sierpnia 2024

1719. Jak w kalejdoskopie 2.

Noc spędziliśmy u Andrju, w innej sypialni niż ostatnio, nadal jednak pięknie, przestronnie, z oknem uchylonym na świat. Na całe szczęście temperatura w sobotę nieco zelżała. W planach był grill, wcześniej wybraliśmy się z Andrju i SP na spacer wokół glinianek (trasa wiodła przez tory kolejowe, bardzo interesujące). Dwie żony zostały w domu (tylko dwie, gdyż nie dla mnie muzułmańskie podziały i rozmowy kuchenne o niczym).


— I co? Są bunkry?
— Bunkrów nie ma, ale też jest zajebiście :D

W trakcie spaceru drogę przecięła nam mysz (konkretnie myszarka polna, z ciemną pręgą na pleckach), w innym miejscu widzieliśmy trawersującego szczura. Nie pytam już, co to znaczy ;) Wszędzie nawłoć nawłocią pogania.

Wróciliśmy w południe; na grillu były same delicje: karkówka (nie próbowałam), swojska kiełbasa i kaszanka, Perła w szklanicach (nie próbowałam); godzinkę przed naszym wyjazdem do kompanii dołączyli Jackowie, spóźnieni na okoliczność poimprezowej senności.

O czwartej żona Jacka podrzuciła nas do Usz. Dzięki temu mieliśmy godzinkę relaksu przy gazowanej wodzie. Bo z Wu byliśmy umówieni o szóstej na rodzinną konsumpcję baby ziemniaczanej; wyruszyliśmy we czwórkę (Fred, ja, Usz, Szwagrowski) na trwający jakiś kwadrans spacer przez osiedla. Przywitał nas krzątający się przy kuchni Wu, jego córki oraz Stu. 


W ofercie baba ziemniaczana oczywiście, poza tym churros, wybór ciast, napoje gazowane; w tle Traperzy znad Wisły oraz Artur Andrus. O dziesiątej byliśmy z powrotem w "naszym" bloku. 

***

Obok nas cichutko przeszedł sierpień.

piątek, 30 sierpnia 2024

1718. Jak w kalejdoskopie 1.

Pobudka dość wczesna; Szwagrowski nareszcie się nam objawił, narobił nam napitków i poszedł do pracy. O dziewiątej wyszliśmy do metra, bo za pół godziny byliśmy umówieni z Panem Od Espresso na przystanku przy Politechnice. Bardzo to wszystko było dobre … kawa w Filtrach na Starej Ochocie oraz Pan Marcin z panem Tomkiem w Andronach na Grochowie (ulica Wąwolnicka), kawa nitro na mleczku owsianym ... doprawdy, ni mom słów (byliśmy przygotowani na podróże komunikacją miejską, tymczasem PoE sprawił nam niespodziankę, obwożąc nas po stolicy samochodem).



W Andronach wynalazłam wśród sterty książek Anaïs Nin Deltę Wenus, pan Marcin mi ją opieczętował, a później, z okazji makaronu, PoE złożył na niej swój autograf. Bo byliśmy we trójkę także na obiedzie (chińczyk, nie pamiętam dokładnie gdzie); była jeszcze Mniszkówna czytana przez Kwiatkowską na Francuskiej i inne takie, przede wszystkim wymiana życiowych przemyśleń.
 
Pożegnaliśmy się z PoE mając na uwadze, że przed nami dzisiaj kolejne spotkanie — przejechaliśmy się tramwajem nr 9, potem metrem, po drodze z metra były jeszcze małe lody dla ochłody w tym samym miejscu, co wczoraj. Na chwilę wylądowaliśmy w ursynowskim bloku u Usz, na tyle tylko, aby wziąć prysznic. Kiedy o piątej zjechaliśmy na dół, Andrju już sandałował w naszym kierunku. Dojechaliśmy do jego części podWarszawy bez przeszkód. Uczestnicy spotkania (Andrjowa i druga para, SP z Uczycielką) już się gościli. 


Do późnych godzin nocnych siedzieliśmy w przydomowym ogródku, były napoje, były rzutki, temperatura przyjemnie się wygładziła.

wtorek, 5 kwietnia 2022

839-840. Dół, góra, dół.

Już przed szóstą stojąc na golasa w sypialni obserwuję jak ktoś pomyka między blokami. Jasno. I duszno. Trudno wrócić do snu. Tak się nam zaczął poniedziałek wyjazdowy. Bo w końcu trzeba się było ruszyć z domowego ciepełka, by przejechać do kolejnego domowego ciepełka. Naładowaliśmy samochód dobrami jak rumuńska rodzina i jeszcze przed dziesiątą ruszyliśmy z darami dla chłopaków z Dragan. Dotarliśmy do nich bez większych przeszkód, ubrania zostały przekazane, wypiliśmy po kawie, porozmawialiśmy o genealogii i katolicyzmie (panowie są franciszkanami świeckimi, albo będą) po czym Andrzej zaproponował miejsce, w którym moglibyśmy zjeść obiad — Klemensów. Bardzo mnie to ubawiło, muszę powiedzieć, że co się obśmiałam w duchu jak norka, to moje. Byliśmy więc w restauracji Klemens (mieszczącej się w dawnym domu dyrektora cukrowni), a po obiedzie odwiedziliśmy znajdujące się obok małe muzeum różności. Potem chłopaki zaproponowały wizytę w radecznickiej bazylice Andrzeja i kapliczce na wodzie. Było trochę zimno, czas minął nam tak szybko, że nie wiadomo kiedy zrobiła się piąta i czas był na nas pędzić w kierunku Zielonki, czyli znowu do góry mapy, po drodze machając pojawiającym się i znikającym kominom Azotów. Doturlaliśmy się do miejsca przeznaczenia po siódmej wieczorem, gdy wieczerza już się rozpoczęła. U Andrju z żoną i córką byli Jackowie, posiedzieliśmy trochę i jedząc jajka w majonezie pogadaliśmy o starych Polakach. Bardzo nam się spodobał nowy dom przyjaciół, łazienka pełen luksus, w hotelu to pewnie byłoby 250 za noc.

Komu w drogę temu kopa we wtorek rano. Obudziliśmy się po siódmej, Andrju zrobił nam śniadanko, zjedliśmy je z Natką. Jeszcze trochę pogadaliśmy z panią domu, która przygotowywała się psychiatrycznie do pracy i po dziewiątej pora była na nas. Teoretycznie mieliśmy jechać cztery godziny, niestety w okolicach Łodzi niechcący zgubiliśmy S8 i musieliśmy omijać Bełchatów przez paskudną odkrywkę węgla. Nom, nie było wygodnie, na dodatek wkurzyła mnie wiadomość z pracy na temat kursu dokształcającego (nie denerwuj mnie, Bridżet, zajęta jestem). W dalszej drodze okazało się, że puławianki smakują nawet lepiej drugiego dnia po zakupie (lubelski cebularz też dawał radę). Na wieś dojechaliśmy po trzeciej, gdzieś po drodze na Dolny Śląsk zniknął śnieg, rodzice wrócili po piątej (z kichającym kotem, bo Rózia chorenia i miała inhalacje u weterynarza). Przywitali nas Malineczka i Maksiu, zupełnie zaskoczona babcia Mania, Mruczysław, który od razu wbił na kwadrat, żeby mieć informacje z pierwszej łapy. Jest dobrze, Fred pokazywał rodzicom swoje podobizny z czasów najwcześniejszej, bezzębnej młodości. Mama się zrewanżowała i wyciągnęła antyczny album z bezzębną moi. Po kolacji jest Poirot oczywiście, 1.3, i oglądanie wiadomości z wojny w Ukrainie. Domowo. Dopijam kubek przegotowanej wody, chyba pora na sen.