Pomysł na niedzielę: jedziemy do Inchicore. Pojechaliśmy. Zostawiłam im Pilipiuka, do którego nie zamierzam już wracać, na wymiankę wygrzebaliśmy ze stosów makulatury trzy tomy (Freda zainteresował Knopp, wybrałam dwa pozostałe):
Po wizycie książkowej podjechaliśmy do Coffee Works w Blanchardstown, żeby uczcić Imbolc. Ładna pogoda, bez szkody dla zdrowia można było usiąść na zewnątrz, ale wybraliśmy mały stolik w środku, tuż pod ekspresem do kawy, w tle leciała jakaś składanka Billy'ego Joela (bo i The Longest Time, i You May Be Right), podjedliśmy, wypiliśmy, sztos.
A skoro byliśmy niedaleko TK Maxxa w Blanch, zajechaliśmy i tam. Kupiłam szerokie dżinsy (mam podobne, tylko z krótszymi nogawkami obgryzionymi przez niedźwiedzia; nie planowałam zakupu, ale trzeba korzystać z chwilowego powrotu mody lat 80. dopóki trwa).
Po powrocie do domu i rozprawieniu się z czymś na kształt obiadu (smażony łosoś zagryziony chlebem) rozmowa z rodzicami: idzie mróz (-10°C), zaczynają się ferie, Gosia Pies ma dużą narośl na łapie. Minął rok od śmierci Malineczki.
Reszta niedzieli to długi Oppenheimer (2023). Oraz może Czechow, którego zaczęłam podczytywać wczoraj późnym wieczorem. Jutro nie ma pośpiechu, gdyż bank holiday. Ramen & halloumi!



