Z rana Fred zerwał się przed budzikiem — gdy wybrnęłam z łóżka mąż krzątał się w kuchni i był, jakby to powiedziała babcia Mania, na poszykusiu. Spodnie na tyłku, jak rzadko o tej porze, a jego właściciel robił nam kanapki i cytował Brzechwę (coś o kaczce i tasiemce). Rozmawialiśmy też o tym z iloma pingwinami musielibyśmy walczyć (na łebka), gdyby wszystkie osobniki z Antarktydy napadły na Irlandię. Po śniadaniu, po dziesiątej, przy dźwiękach piosenek Vana Morrisona pojechaliśmy do Carlingford, do Aś, która uraczyła nas trunkami niealkoholowymi, następnie zapakowała się z nami do autka. Udaliśmy się w kierunku Windy Gap, gdzie leży Długa Kobieta. Samochód został na parkingu, a nasza trójka przeszła grzbiety gór do głównego szczytu, a potem zeszła przez przygodne błotko, łąki, zagrody i wieczorne miasto aż do domu przyjaciółki.
Gdy przed ósmą Fred z Aś pojechali sprowadzić nasz samochód z górskiego parkingu, połączyłam się na chwilę z rodzicami. Miła wiadomość — w ostatnim badaniu histo u Niuni nie wykryto nic podejrzanego.
Aś nas jeszcze nakarmiła sałatką z kurczakiem i po dłuższym zamulaniu trzeba nam było w drogę, z Davidem B. bo tak łatwiej. Matko nóg nie czuję!







Strasznie brzydko wyglądają te tak pomazane owce. psują krajobraz. Już by je mogli całe zabarwiać na dany kolor.
OdpowiedzUsuńTo ciekawe, bo mnie z kolei te łaty bardzo się podobają, choć początkowo na szlaku nie rozpoznałam owiec. Mój mózg przez kilka minut uznawał, że to są wielkie, łaciate bele słomy :D
Usuń