Strony

poniedziałek, 6 lipca 2020

202. Idziemy na Slieve Foy.

Czekamy na listonosza, plecaki już spakowane, Katlin widząc jak się kręcę wokół samochodu, podrzuca mi cztery cieplutkie sconesy i opowiada o wczorajszym wyścigu charytatywnym (było dużo samochodów, nawet kilkadziesiąt ciężarówek, uzbierano mnóstwo kasy, a sąsiedzi spotkali samych lovely people). Listonosz objawia się w ostatniej chwili. Karty wyborcze! — I sign myself, mówi nam. Nie ma sprawy, bro. Jest 12:34, wskakujemy w autko i lecimy na północ.

Z ekscytacji wzięłam wszystko, ale nie zieloną bluzę z kapturem, w której zostawiłam rękawiczki. Zajrzeliśmy do Aś, ale u niej nie ma niczego sportowego. Jestem więc tylko w krótkim rękawku, na górze wieje i muszę mieć na sobie goretex, chociaż nie pada. Dobre i to. Cały ten czas gra mi w głowie piosenka Sigur Rós "Glósóli".

Droga na i z Slieve Foy (ostatnio byliśmy tu w maju dwa lata temu):











Jedziemy do domu pod ósmą wieczór, niebo dość pogodne, chmurki tu i tam.

— Ta chmura wygląda jak piesek, mówię Fredowi.
— Tak!
— Myślałeś o tym samym?

Czasem mi się zdaje, że mamy mózgi połączone jakimiś niewidzialnymi kabelkami. A teraz jestem skonana. Zamrażanie rosołu na później to bardzo dobra rzecz i chwalebna.

2 komentarze:

Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.