Poniedziałek świętopatrykowy zaczęliśmy lądowaniem w Irlandii o godzinie 0:20, dwadzieścia cztery minuty później gnaliśmy machając za białym vanem, który właśnie wyjeżdżał z terenu lotniska (wsiedliśmy przed samym szlabanem, high five). Droga łubudubu, jak na nigeryjskich bezdrożach, dziesięć minut później byliśmy już w miejscu godnym potępienia, nazywanym przez właścicieli parkingiem lotniskowym. Żegnajcie, obyśmy nigdy się już nie spotkali (do kobiet pracujących tam nie mam nic, współczuję im, środek nocy, odludzie, same migrantki, czyli najniższa krajowa, jeśli w ogóle pracują legalnie). Cała autostrada dla nas, podróż Babcią jest szybka, przed drugą w nocy włączam w domu ogrzewanie, Kochany wskakuje pod prysznic, ja jeszcze trochę marudzę.
Obudziłam się dzisiaj w kiepskim nastroju, czytanie Goldkorna w podróży to chyba nie był dobry pomysł (ale szybko skończę, najpierw jednak odłożona Keegan, choć też nie dzisiaj, jestem zbyt zmęczona, zbyt weekendowa), poza tym brak słońca, poza tym Kochany musiał do pracy o jakiejś strasznej godzinie, a mnie się nie chce myśleć o tym, że jutro też idę (oczywiście, jutro będzie lepiej, ale to jutro-futro). Większość dnia głównie przetrawiałam podróż, pisałam, przeglądałam zdjęcia. Jedyna pożyteczna rzecz dla świata: poszłam zanieść ptakom ziarnom. Gdy już byłam pełna rosołu i sennie mijałam okno, zauważyłam wrony zupełnie rozgoszczone w ogródku, w tym jedną, która ukrywała największą kulkę tłuszczu w zeschniętej trawie. Jak tylko ją dokładnie przykryła, poszła w inne miejsce, i z tej drugiej kryjówki wyjęła kulkę, którą ukryła tam wcześniej. Widać było jej wronie zadowolenie z tego konceptu.
I taki to Patryk. Pogoda nie zachęca, szaro i chłodno, tylko ptaki za oknem poprawiają nastrój. Kochany wrócił po pracy zmęczony (wg jego własnych słów, taki miał stan umysłu, jakby po wyjściu z pracy miał się ze mną znowu znaleźć nad Renem). Na szczęście mamy już zaopatrzenie (chyba jeszcze skąszę jogurt z granolą; po wielu tygodniach do Tesco powrócił nasz ulubiony, waniliowo-kokosowy). Był krótki kontakt z Perlistym (ale przyjaciel też zmachany po robocie i w kuchni coś tam musiał sobie pichcić); z tatkiem próbowałam rozmawiać (ale internet się u niego rwał). Włos mokry, podstawowe punkty na jutrzejsze zajęcia określone, Kochany pisze maila do przyjaciela; jakoś pchnęliśmy ten dzień.