Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patryk. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Patryk. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 17 marca 2026

2282. Pisałam ...

... że od lądowania do łóżkowania minęło jakieś dwie i pół godziny? Czyli o trzeciej teoretycznie sen. Ale pobudka po siódmej, bo przecież myszy. Dziewczyny przywitały nas niezwykle entuzjastycznie (włączyłam wcześniej kamerkę, żeby zobaczyć, jak zareagują; Bronia była pierwsza, Maniusia zaspała, za to dobiegła od szafy do okna w przeciągu dwóch sekund). Rano musiałam Maniuśkę długo trzymać na kolanach i na plecach, aż koteczka upewniła się, że jestem i mogła spokojnie zasnąć w swoim gnieździe.

Kochany wstał trochę później; gdy wypił kawę wyruszyliśmy do miasta uzupełnić zapasy. Poza tym wylądowaliśmy na kawie (przepraszam się ze słabą americaną). W TK Maxxie kupiłam szklane pojemniki na lunch, z przegródkami, które ułatwiają porcjowanie. Cały czas mocno wiało; nawet nie myśleliśmy o oglądaniu dzisiejszej parady skupionej na kilku głównych ulicach miasta, zresztą rozminęliśmy się czasowo. Po powrocie do domu Kochany włączył pierwszą nową-starą płytę przywiezioną z Polski, Alchemy Live Dire Straits. Obiad i wyjazd do Ka. Zmęczona jestem; środa już nade mną majaczy.

poniedziałek, 17 marca 2025

1917. Zbieranie się do kupy.

Poniedziałek świętopatrykowy zaczęliśmy lądowaniem w Irlandii o godzinie 0:20, dwadzieścia cztery minuty później gnaliśmy machając za białym vanem, który właśnie wyjeżdżał z terenu lotniska (wsiedliśmy przed samym szlabanem, high five). Droga łubudubu, jak na nigeryjskich bezdrożach, dziesięć minut później byliśmy już w miejscu godnym potępienia, nazywanym przez właścicieli parkingiem lotniskowym. Żegnajcie, obyśmy nigdy się już nie spotkali (do kobiet pracujących tam nie mam nic, współczuję im, środek nocy, odludzie, same migrantki, czyli najniższa krajowa, jeśli w ogóle pracują legalnie). Cała autostrada dla nas, podróż Babcią jest szybka, przed drugą w nocy włączam w domu ogrzewanie, Kochany wskakuje pod prysznic, ja jeszcze trochę marudzę.

Obudziłam się dzisiaj w kiepskim nastroju, czytanie Goldkorna w podróży to chyba nie był dobry pomysł (ale szybko skończę, najpierw jednak odłożona Keegan, choć też nie dzisiaj, jestem zbyt zmęczona, zbyt weekendowa), poza tym brak słońca, poza tym Kochany musiał do pracy o jakiejś strasznej godzinie, a mnie się nie chce myśleć o tym, że jutro też idę (oczywiście, jutro będzie lepiej, ale to jutro-futro). Większość dnia głównie przetrawiałam podróż, pisałam, przeglądałam zdjęcia. Jedyna pożyteczna rzecz dla świata: poszłam zanieść ptakom ziarnom. Gdy już byłam pełna rosołu i sennie mijałam okno, zauważyłam wrony zupełnie rozgoszczone w ogródku, w tym jedną, która ukrywała największą kulkę tłuszczu w zeschniętej trawie. Jak tylko ją dokładnie przykryła, poszła w inne miejsce, i z tej drugiej kryjówki wyjęła kulkę, którą ukryła tam wcześniej. Widać było jej wronie zadowolenie z tego konceptu.

I taki to Patryk. Pogoda nie zachęca, szaro i chłodno, tylko ptaki za oknem poprawiają nastrój. Kochany wrócił po pracy zmęczony (wg jego własnych słów, taki miał stan umysłu, jakby po wyjściu z pracy miał się ze mną znowu znaleźć nad Renem). Na szczęście mamy już zaopatrzenie (chyba jeszcze skąszę jogurt z granolą; po wielu tygodniach do Tesco powrócił nasz ulubiony, waniliowo-kokosowy). Był krótki kontakt z Perlistym (ale przyjaciel też zmachany po robocie i w kuchni coś tam musiał sobie pichcić); z tatkiem próbowałam rozmawiać (ale internet się u niego rwał). Włos mokry, podstawowe punkty na jutrzejsze zajęcia określone, Kochany pisze maila do przyjaciela; jakoś pchnęliśmy ten dzień.

niedziela, 17 marca 2024

1552. Świętopatrykowo.

Żeby uczcić święto patrykowe, po śniadaniu, mijając wypłowiały ślad na trawie po naszej starej Hondzie, poszliśmy na krótki spacer nad morze. Nad morzem spotkaliśmy pieska (piękny wilczarz, irlandzki oczywiście):

Po powrocie do domu tylko zmieniliśmy buty i z tęsknoty za ogórkiem szklarniowym wyjechaliśmy do Drołdy. Fred wybrał taką drogę, żeby nie utknąć w korku spowodowanym świąteczną paradą, ale też było już około pierwszej i sporo ludzi wracało do siebie. Zajechaliśmy najpierw na kawę do Costy, potem po rzeczonego ogórka do Tesco (Kochany oświadczył mi radośnie, że są już nasze, czyli irlandzkie). O trzeciej z powrotem w domu. Oboje byliśmy padnięci, jakbyśmy rzeczywiście wykonali kawał ciężkiej roboty.

Gdy Fred drzemał zadzwoniłam do rodziców i tu spadła na mnie kiepska, a spóźniona wiadomość: tatko był w piątek wieczór na sorze z podejrzeniem sercowym. Wrócił po kilku godzinach z niejasnym rozpoznaniem (nie wiedzą co to, ale warto skonsultować, poza tym ma się oszczędzać). Najspokojniej jak potrafiłam próbowałam mamie wytłumaczyć, żeby następnym razem w takiej sytuacji do nas zadzwoniła, bo chociaż nie pomożemy, to pomartwimy się razem i może tak będzie jej trochę lżej.
___
edit 22:15 wieczorem skończyłam czytać zbiór reportaży Szczygła, Niedziela, która zdarzyła się w środę (Czarne, 2017) oraz kompulsywnie zjadłam prawie wszystkie kupione dzisiaj truskawki (na chlebie z masłem; truskawki hiszpańskie, kto tam ich wie z jaką ilością utrwalaczy). 

sobota, 18 marca 2023

1188. Korzenie.

Piątek był na tyle intensywny, że nie zawracaliśmy sobie głowy irlandzkim świętem,  wiemy tylko, że na paradzie w Drołdzie padało. Tymczasem tutaj kolejny słoneczny dzień i chociaż wczoraj leciałam na twarz, podróżnicza niespokojność nie pozwoliła mi wydajnie odpoczywać nocą (dopiero pozycja na ośmiornicę uśpiła mnie do ósmej rano). Teściowa wyrwała dla nas u Sarzyńskiego sześć ostatnich puławianek. Po śniadaniu pojechaliśmy w trójkę na cmentarz za miastem, spacer był dłuższy, Kochany wymieniał się z mamą informacjami o zmarłych znajomych, a po drodze do domu wstąpiliśmy jeszcze na kawę do Czartoryskich.

Czuję się zaopiekowana i miasto się mi podoba niesamowicie. Po dwudaniowym obiedzie (zupa ogórkowa/zrazy; przez cały dzień ani chwili nie byłam głodna, teściowa oświadczyła, że jestem jak niteczka i +5kg mi nie zaszkodzi) pojechaliśmy we dwoje na spacer do Kazimierza. Zaparkowaliśmy w mieście, poturlaliśmy się do Wąwozu Korzeniowego, potem do Wedla na herbatę z konfiturą imbirową.



Powrót do NA ok. siódmej, ale zaszliśmy jeszcze do Czasu na herbatę (prezent dla Anne, filiżanka dla mnie) i Empiku (dwie płyty Gaby Kulki i dawno odkładany Turnau po angielsku). W domu na kolację śledzie, z puławiankami, oczywista. Fred w okularach, wypełnia jakieś spadkowe pierdelety; nucę Domowe przedszkole.

czwartek, 17 marca 2022

821. Paddy's Day Two.

Aś miała covida. Już nie ma, zresztą covid (podobnie jak sąsiadkowy) leciutki. A skoro nie ma, to informujemy ją o naszych pragnieniach wędrownych, które staną się ciałem, jeśli nie zakichamy się i nie zaplujemy po tym Patryku.

Po śniadaniu wygmyraliśmy się bowiem do Drołdy zobaczyć paradę, która nie była tak duża, jak się spodziewałam, ale byli szkoccy kobziarze z hrabstwa Down i ukraińskie flagi. Ludzi multum, jak na Temple Bar. Pogoda względna, byłam ubrana w owcę na owcy, więc nie odczuwałam zimna, niemniej podwiewało.



Fred zaparkował samochód na Shamrock Villas, wracając tam z parady szliśmy przed rodziną mówiącą po czesku, w której monologowano prostymi zdaniami o tym, co Ukraińcy dostają za darmo. Podobno w pubach 2-3 piwa dostają, po czem interlokutor próbował pobudzić połowicę swą do matematyki zadając jej pytanie ile by to było piw, gdyby odwiedził 10 pubów. Dopiero, gdy rodzina nas wyminęła zauważyłam, że najpewniej byli Romami. Spojrzeliśmy z Fredem po sobie ... strasznie jest wykluczający ten nasz język wielokrotnie złożony; ludzie, którzy nas podsłuchują, muszą przeżywać męki.
 
Spacer paradowy niespodziewanie mnie zużył, po obiedzie wybrałam się na drzemkę i przespałam przynajmniej godzinę. Obudziłam się w sam raz na rozmowę z Kaś Matką Kotom, która powoli przenosi się do nowego mieszkania. Rozmawialiśmy też z tatkiem i tak jak zleciało do późnego wieczora, więc miałam w głowie miejsce tylko na lżejszy film. Padło na Szablę od komendanta (1995), ale za obopólną zgodą przerwaliśmy brnięcie do końca (wymiękłam przy pierwszej dłużyźnie). Kolski ma dziadygowe poczucie humoru, a to jeden z jego słabszych filmów.

Za oknem cicha pełnia, o zmierzchu ptaszki gadają romansowo.

środa, 17 marca 2021

456. Patryk na Slieve Foy.

Z rana Fred zerwał się przed budzikiem — gdy wybrnęłam z łóżka mąż krzątał się w kuchni i był, jakby to powiedziała babcia Mania, na poszykusiu. Spodnie na tyłku, jak rzadko o tej porze, a jego właściciel robił nam kanapki i cytował Brzechwę (coś o kaczce i tasiemce). Rozmawialiśmy też o tym z iloma pingwinami musielibyśmy walczyć (na łebka), gdyby wszystkie osobniki z Antarktydy napadły na Irlandię. Po śniadaniu, po dziesiątej, przy dźwiękach piosenek Vana Morrisona pojechaliśmy do Carlingford, do Aś, która uraczyła nas trunkami niealkoholowymi, następnie zapakowała się z nami do autka. Udaliśmy się w kierunku Windy Gap, gdzie leży Długa Kobieta. Samochód został na parkingu, a nasza trójka przeszła grzbiety gór do głównego szczytu, a potem zeszła przez przygodne błotko, łąki, zagrody i wieczorne miasto aż do domu przyjaciółki.







Gdy przed ósmą Fred z Aś pojechali sprowadzić nasz samochód z górskiego parkingu, połączyłam się na chwilę z rodzicami. Miła wiadomość — w ostatnim badaniu histo u Niuni nie wykryto nic podejrzanego. 

Aś nas jeszcze nakarmiła sałatką z kurczakiem i po dłuższym zamulaniu trzeba nam było w drogę, z Davidem B. bo tak łatwiej. Matko nóg nie czuję!

wtorek, 17 marca 2020

91. Lá Fhéile Pádraig Epidemiczny.

Pamiętałam, ale zapomniałam, i nie działa poczta, która jest mi dzisiaj potrzebna otwarta, i chleba mieliśmy pół, akurat tyle, żeby przegryźć coś na śniadanie. Jutro to już trzeba nam się wybrać, zaczynając od poczty, a kończąc na zakupach jedzeniowych. Ania odpowiedziała w końcu Fredowi ... pisze, że walczy z depresją. Dzień szary jak mokry papier pakowy. Od rana bolały mnie stawy w dłoniach, ale w ciągu dnia jakoś się rozeszło. Małżonkowi odwołano ostatnie zlecenie w tym miesiącu. Siedzimy w domu, bo niewiele musimy.