Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zimowe Staniesłońca. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Zimowe Staniesłońca. Pokaż wszystkie posty

niedziela, 21 grudnia 2025

2196. Niedziela przed podróżą.

Zapomniałam o przesileniu, ale Mózg obudził mnie bardzo wcześnie, przed szóstą, i niedługo potem wstałam z niejasnym poczuciem, że czas ucieka, wieczność czeka. Napisałam jeden krótki post, oraz uświadomiłam sobie, że dzisiaj jest wyjątkowy wschód. W Stonehenge słońce wschodziło o 8:09, u nas o 8:41, mogłam śledzić obydwa wydarzenia (zjadłam śniadanie i właśnie piłam kawę, od czasu do czasu zerkałam przez okno w kuchni trzymając kciuki za tych, którzy są w środku starożytnego kopca, żeby zobaczyli to, po co przyszli; kilkunastu osobom udało się to w zeszłym roku, niestety, w tym roku światło nie było dość wyraźne).


(jak widać powyżej, nie wszyscy oglądali, niektórzy jedli)

Inne części składowe dnia: drzemka przedobiednia, napełnianie walizki, kolejne odcinki Devices and Desires, żeby nie zostawiać ich na jutro, wyciąganie książek z szafy, przesuwanie szafy, czyszczenie sików za szafą, wkładanie książek do szafy; pewnie będzie i Myśliwski. 

sobota, 21 grudnia 2024

1831. Przesilenie.

Nareszcie jest, najdłuższa noc w roku, a później coraz więcej światła. Zaczęłam dzień od dokumentu o ślepowronach w Dolinie Górnej Wisły :D Obejrzeliśmy też z Kochanym Pętlę (1957) Hasa (trzeba przeczytać Hłaskę, ale to w nowym roku). Rodzice wyjechali do miasta, a ponieważ mama dostała na swój telefon kod potrzebny do odbioru laptopa, nie musieliśmy wybierać się do Tcy, laptop przywiózł się razem z rocznicowym tortem. Kochany miał trochę zabawy z nowym sprzętem (czternastocalowy Dell Inspiron), ale że nie pamięta wszystkich haseł, najlepsze zostawił na później. Ja z kolei zrobiłam sobie po południu dłuższą drzemkę; przebudziłam się na dobre, kiedy był czas na przygotowywanie herbaty i kawy. Gdyż:

Wprawdzie ślub kościelny był w pierwszym dniu świąt, ale cywilny właśnie dzisiaj, więc rodzice nie chcieli czekać zbyt długo z pysznym tortem śmietanowym z malinami, gdyż byłaby to zbrodnia na torcie. 

Chyrlam, ale nie jest tak źle. Z minusów, nigdzie dzisiaj nie wychodziliśmy. Za to już czuję świętowanie (nareszcie, bo katar trochę mi tę radość niecodzienności zasmarkał), chociaż większość dnia chodziłam w szlafroku, albo w rozciągniętych spodniach po mamie (bardzo wygodne, super). Kuchennie wydarzeń niewiele, bigos dochodzi od wczoraj, poza tym constans; na obiad rodzice przywieźli kurczaka z rożna. Martwi mnie, że mama jest często zmęczona. Wieczorem lampimy się z Fredem w kryminały na TV 6.

piątek, 22 grudnia 2023

1467. Przesilenie.

Wczoraj wszyscy w rodzinie dostawali na telefon ostrzeżenia RCB przez silnym wiatrem. Rzeczywiście trochę wiało, w ciągu dnia nawet bardzo. Kochany zauważył, że mamy dyżury drzemkowe - on dłużej spał rano, ja drzemałam po południu, mama szybciej poszła spać wieczorem. Najkrótszy dzień w roku został przebimbany po całości (no dobra, przed śniadaniem obrałam i starłam resztę pieczarek, wyszłam też na chwilę do apteki), ograniczyliśmy podejmowanie decyzji i wykonywanie gwałtowniejszych ruchów. Rodzice wyjechali na zakupy i do lekarzy (wrócili dopiero przed piątą), my siedzieliśmy w salonie serfując w Internecie, głaskając domowe zwierzaki oraz zerkając na kryminały i kinowe starocie typowo w tym czasie recyklingowane przez różne kanały telewizyjne. Wyciągnęłam z półki kolejną książkę, Niebezpieczne związki Choderlosa de Laclosa (Prószyński i S-ka, 1999); się okaże, czy zdążę to oświeceniowe bara-bara w wersji epistolarnej dokończyć przed wyjazdem, gdyż mózg rozmiękczony brakiem słońca łaknie kryminału i może się zbuntować.

środa, 21 grudnia 2022

1101. Znowu w drodze.

Kręciłam się i sapałam, a jak przyszło co do czego nie chciało mi się wstać (nad ranem mózg zaczął mi wymyślać dodatkowe pytania do testu o ageizmie). W końcu jednak trzeba było się zwlec, umyć włosy, zjeść śniadanie, ogarnąć powierzchnie płaskie, dopchnąć kolanem dobytek ruchomy i wyruszyć. Fred rozmawiał chwilę z teściową, która nie spędzi jednak świąt u szwagra, gdyż dojazd do młodszego syna byłby zbyt niebezpieczny ze względu na warunki drogowe. Warunki nie są jednak na tyle niebezpieczne, aby szwagier nie mógł przyjechać do niej (ona oczywiście nie nalega, tylko zaprasza i już przygotowuje potrawy). Logika teściowej na kilometr pachniała rybą drugiej świeżości, Kochany rozmawiał krótko, ja nie pisnęłam słowa.

Podróż zaczęła się niefajnie, bo mieliśmy w planach obiad na mieście, a tu bryndza, wszędzie korki, kolejki i wkurw (mój). Niby miałam sporo czasu do odlotu, ale co to za czas, jak na odchodnym nie mogę z mężem normalnie jak człowiek zjeść obiadu? Na szczęście, potem było już tylko lepiej. W samolocie obyło się bez tłoku. Obok mnie usiadła Ukrainka, która wybierała się na święta do Kijowa. Julija z hrabstwa Kerry. Dziwny kierunek w tych czasach, ale dziewczyna była zdeterminowana, żeby zobaczyć się z mężem. Rozmawiałyśmy o różnych sprawach, Rosjanach, mentalności, akcencie, życiu blisko frontu. Czas minął dzięki temu szybciej.

W domu rodzinnym nowe zasiedlenia. Przed drzwiami przywitał mnie Filemon, czarno-biały kot sąsiada z naprzeciwka, który teraz większość czasu spędza u rodziców (kot, nie sąsiad). W mieszkaniu babci Manii kwarantannę przechodzi Rozalka, trójkolorowa ciapulka, podobna trochę do Rózi, tylko mniejsza, z równie krótkimi łapulkami i szczurzym ogonkiem. No cóż robić? Kota się nie wyrzuca. Zjadłam pyszną kolację, poprawiłam kupnym ciastem uwielbianym przez mamę, wypiłam morze herbaty, obejrzałam zakończenie któregoś odcinka Columbo. Fred pokazał mi prezenty wręczone mu dzisiaj przez Katlin po tym jak wrócił do domu i Ryszarda (mam czapkę i duży szal). Przez chwilę zerkałam na telewizyjną relację spotkania Biden-Zełenski. W międzyczasie zapadła cisza przerywana gdzieniegdzie chrapulkowaniem ... domownicy powoli zapadają w sen ...

I tak to przegalopowałam cały dzień zimowego przesilenia. Będę dzieliła łóżko z Wojtusiem i Maksiem, bo już się zapowiedzieli i zajęli swoje miejsca na kołdrze. W pokoju śpią jeszcze Malinka i Maciej. Dobrych snów.

wtorek, 21 grudnia 2021

735. Szlafrokowo.

Wstałam razem z Fredem, ciężko mi się spało i chciałam rozruszać kości. Przy śniadaniu obejrzałam obchody przesilenia w Newgrange (niestety, niebo było zachmurzone) i napisałam list do Bridżet, gdy zaczęło mnie łamać i tak sobie łamało, aż do wczesnego powrotu męża. Kochany wrócił około drugiej, mogłam się dzięki niemu zapchać kinder bueno i pić herbatę z cytryną. Przez pół dnia polegując na jednym boku (nie w szczepionkę!) i łypiąc jednym okiem nadrabiałam oglądanie vlogów, z przerwą na zachciankę, gdyż miewam takie szczególnie wtedy, gdy reumatyczne kości przypominają mi o wspaniałym czasie podstawówki, której nie znosiłam, a do której nie musiałam iść dzięki chorobie. Tak więc zwlokłam się, aby zrobić sobie frytki. Potem, jak już wspomniałam, wrócił Fred, kot zawinął mi się w łóżku obok nóg, a ja udałam się w objęcia Morfeusza. Nie miałam gorączki, ale nie miałam też siły, to był kompletny bezwład mięśniowy. Po drzemce posiliłam się stekiem z dziczyzny przygotowanym przez Kochanego i wieczorem ponownie zawinęłam się w kołdrę, tym razem w celach naukowych, bo połączyłam się online z promotorką. Poczucie kompetencji najwyraźniej dobrze na mnie wpływa, po ponad godzinnych zajęciach czuję się znacznie lepiej, mam też wizję kolejnej lektury, Fausta Goethego. Byle tylko wygrzebać się z niemocy.

poniedziałek, 21 grudnia 2020

370. Przesilenie.

Dzień zmroku. Wstałam do deszczu za oknem i przez cały czas rzekomego dnia nie ujrzałam ani jednego czystego promyka słońca, noc trwała w nieskończoność. Przed wyjazdem do Drołdy rozmawiałam z mamą plotąc trzy po trzy o kiełbasie, pogodzie i charytatywnej zbiórce chłopaków (Andrzeja i Norberta), którą z okazji Szczodrych Godów zasililiśmy wczoraj kasą. 

Most na Boyne i miasto stały we mgle, albo w wielkiej chmurze, która przykryła wszystko dżdżem i robiła mokro naokoło. W takich warunkach kupiliśmy parę obiadów na następne dni (oczywiście zapomniałam jabłek, bo wcześniej zapomniałam listy na której jabłka były zapisane) i zostawiając samochód na miejskim parkingu ruszyliśmy pod parasolem w miasto, jak to z nami bywa, zdeczko bezcelowo (umyśliłam sobie wczoraj, że do wazonu wstawię gałązkę sosny lub świerku, bez ozdób, w celach zapachowych, ale słusznie uczyniły moje oczekiwania prezentując się światu skromne i z góry nie wyrywając się do przodu). 


Miasto mżyło i drgało, zakotwiczyliśmy na West St w Caffè Nero, żeby posilając się flat white i ciastami zrobić sobie nawzajem dużo zaangażowanych zdjęć.



Po wyjściu z kawiarni około piątej weszliśmy w mrok zupełnie już zgęstniały. Z oglądania koniunkcji Saturna z Jowiszem nici — mgła rozproszyła się tuż przy tafli wody odsłaniając światełka na wybrzeżach Północnej, ale nad nami gruba czapka chmur jest kompletnie do niczego. W głośnikach była składanka Młynarskiego Absolutnie (2017), zrobiłam przy niej obiad, a Fred powoli rozkręcił się w kwestii bigosowej. Jak on pięknie władał językiem, ten Młynarski :). O tej porze jestem po prysznicu, mąż mi mówi, że pachnę mydełkowo.

Z frontu pandemicznego: Unia w południe zatwierdziła do użytku szczepionkę, która jest już od dwóch tygodni w UK, a teraz będzie rozprowadzana w całej Europie. Tymczasem Irlandia właśnie zamknęła przestrzeń powietrzną przed lotami z UK (w Anglii zagnieździła się nowa mutacja covida), na razie na dwa dni, ale pewnie to nie koniec tej historii.

niedziela, 22 grudnia 2019

5. Przesilenie zimowe.

Właśnie wstałam i widzę jak na horyzoncie od morza dźwiga się wolno różowy świt. Słońce walczy i wygra.