Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dalgliesh. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Dalgliesh. Pokaż wszystkie posty

sobota, 10 stycznia 2026

2216. Prawie pożytecznie.

Sobotę zaczynałam w odcinkach, budziłam się kilkakrotnie, najpierw, bo Kochany wstawał wcześnie do pracy, potem budziły mnie sny, których za Chiny nie pamiętam (na pewno nie były to koszmary, jakieś wątki ciekawe, ale ślady pamięci znikły). Gdy się w końcu wykopałam spod kołdry, zupełnie zaskoczył mnie widok za oknem, mgła i biel szadzi na dachach. 

Gdzieś z rana zauważyłam, że znajomy, który ostatnio próbował się ze mną skontaktować, usunął mnie ze znajomych na FB. Po raz drugi, bo już się to zdarzyło. Chyba jestem przyczyną czyjegoś strapienia. Czasem tak bywa, że można nic nie robić, nie mieć żadnych intencji, a i tak wychodzi komuś na złe.

Przy śniadaniu odkryłam w domu po prawo jakieś oznaki życia, ktoś się tam tłukł, drzwi były półotwarte, pies wrócił. Czyli plotki zawierały w sobie tylko ziarno prawdy. Może sąsiad, tak jak sąsiad u moich rodziców, mieszka na dwa domy i do nas wpada z psem raz na jakiś czas? (swoją drogą, sąsiad moich rodziców dość mnie fascynuje, starszy pan z kundelkiem, na działce vis-à-vis mojego domu rodzinnego wybudował coś w rodzaju drewnianego letniska typowego dla ogródków działkowych; kiedyś był to ogród innych sąsiadów, pod którym kryły się fundamenty zbombardowanego domu, teraz rodzaj rod(os) i to bardzo ładnie wykorzystane; pan przyjeżdża, rozpakowuje się, piesek biega, obszczekuje kąty i drewniany domek ożywa na kilka dni, w oknie świeci się światło, z komina sunie niewielki dym, jest życie).

W ciągu dnia coś tam zrobiłam nibypożytecznego, odpaliłam mopa i tak dalej. Obejrzałam A Mind to Murder (1995) ... to nie wiem, czy pożyteczne ;) Zrobiłam nam obiad. Z dużym opóźnieniem zerknęłam na Wigilię w Japonii. Dzień przeleciał. Kochany po prysznicu, Bronka u kotaty na kolanach, prasówka.

piątek, 9 stycznia 2026

2215. TGIF :)

Miałam zostać do czwartej, ale bez materiałów i możliwości postawienia pytań nie mogłam dopiąć finansów za grudzień, trudno, zrobiłam ile mogłam i wyszłam na kanapkę w B&B, żeby nie robić zakupów weekendowych na głodniaka. Kochany podjechał Babcią z pół godziny później; Lidl, sklep zoologiczny, Tesco, chodziliśmy trącając się dupkami i śpiewając kocie piosenki w rodzaju "Go meow". 

W czasie późnego obiadu odezwała się Anne, super, zaprosiliśmy ją na poobiedzie i miło czatowaliśmy. Oczywiście, sąsiadka wpadła głównie po to, aby wyściskać kocóreczki. Z njusów osiedlowych: sąsiad po prawej wyniósł się chyba na stałe (od kilku dni nie słyszałam jego psa, wieść gminna niesie, że eks-żona go odumarła, więc mógł wrócić do starego domu). Może dostaniemy za darmoszkę bilety na Przygody Lisiczki Chytruski Janáčka. 

Czyli kulturalnie coś tam mi się chce, a w międzyczasie dokończyłam Dalgliesha'97. Rozmawialiśmy też (Fred rozmawiał) telefonicznie z Elizabetą, żeby życzyć jej HPY oraz zapytać co tam co tam na zachodnim wybrzeżu (nóżka była złamana), ale szybko wymiksowałam się z opowieści, bo Original Sin ... poza tym, opowieści czasami zataczają koło, bez szkody można je zostawić w Kuchniosalonie i godzinę później poprosić męża o streszczenie najważniejszych punktów, których zaistnienie w najmniejszym nawet stopniu nas nie zaskoczyło.

czwartek, 8 stycznia 2026

2214. ... to musi być czwartek.

Kawa ze stacji Cyesha została otworzona porannie. Kochany musiał do pracy, więc z rana były też kawa i ciastko na wynos dla męża, potem w kawiarni rozłożyłam się z Enright. Dzień pracowniczy długi i taki sobie, spotkaliśmy się z Fredem ponownie po piątej i wróciliśmy razem do domu. Po obiedzie nieład umysłowy continues, więc zaczęłam oglądać Original Sin (1997); zostawiam dwa odcinki na jutro. Gdyż wesołe sprzątnie po Manii, oraz googlowanie co to może być (widać, że ona naprawdę chce sikać w kuwecie, ale jej nie wychodzi, małej myszy). A Bronka ma ruję, mrrrmiauu. Czwartek był dniem raczej męczącym.

wtorek, 6 stycznia 2026

2212. Chłód.

Nieogar ze mnie, zostawiam rzeczy na później, tak mi ta temperatura podspodnia miesza we łbie (ale jutro już muszę zadzwonić, zapytać o co chodzi z miganiem alarmu ... chwilę przed wyjściem z pracy, gdy po raz kolejny sobie o tym przypomniałam, nie miałam już siły). 

Test frajera przebiegł pomyślnie. Cóż jeszcze mogło poprawić mi zziębnięty nastrój? Unnatural Causes (1993), następna odsłona Dalgliesha z Marsdenem zjawiła się w jednym odcinku, bardzo poręcznie (średnia, aktor ma jakiegoś nowego kota na głowie, ale w sam raz na moje denne możliwości kombinacji). Dokończyłam czytanie Dwojga biednych Rumunów mówiących po polsku Masłowskiej (Noir sur Blanc, 2017), drugi dramat przekartkowałam, bo już znam. Może dopiszę coś jutro, coś co sobie przypomnę, a co dzisiaj zostało chwilowo pogrzebane pod kołdrą.
___
dopisuję jutro ;) Nie wiem, co jest przyczyną takiego rozwarstwienia we łbie, wieczorami niczego nie robię, tylko leżę i pachnę. Albo jeszcze nie cała wróciłam, albo coś mnie łapie (nie takie to odkrywcze, szefowa ma covida i nie odpowiada na emilki, jeden z uczestników do wczoraj przychodził zasmarkany, musiałam mu pięć razy sugerować kulturalnie, żeby poszedł do domu, bo nie jest mi potrzebny w takim stanie). Dobrze, że już środa, pozostają dwa trudne poranki.

niedziela, 21 grudnia 2025

2196. Niedziela przed podróżą.

Zapomniałam o przesileniu, ale Mózg obudził mnie bardzo wcześnie, przed szóstą, i niedługo potem wstałam z niejasnym poczuciem, że czas ucieka, wieczność czeka. Napisałam jeden krótki post, oraz uświadomiłam sobie, że dzisiaj jest wyjątkowy wschód. W Stonehenge słońce wschodziło o 8:09, u nas o 8:41, mogłam śledzić obydwa wydarzenia (zjadłam śniadanie i właśnie piłam kawę, od czasu do czasu zerkałam przez okno w kuchni trzymając kciuki za tych, którzy są w środku starożytnego kopca, żeby zobaczyli to, po co przyszli; kilkunastu osobom udało się to w zeszłym roku, niestety, w tym roku światło nie było dość wyraźne).


(jak widać powyżej, nie wszyscy oglądali, niektórzy jedli)

Inne części składowe dnia: drzemka przedobiednia, napełnianie walizki, kolejne odcinki Devices and Desires, żeby nie zostawiać ich na jutro, wyciąganie książek z szafy, przesuwanie szafy, czyszczenie sików za szafą, wkładanie książek do szafy; pewnie będzie i Myśliwski. 

sobota, 20 grudnia 2025

2195. W poszukiwaniu spokoju ducha.

Rano, po chwili rozglądania się, znalazłam pióro i zrobiłam nim pierwszy wpis w zeszycie-notatniku, jednym z dwóch, które niedawno nabyłam (zadanie na nowy rok: kupić lepsze pióro). 

Wybraliśmy się z Kochanym w miasto, po chleb, oraz zrobić zapasy dla Freda na czas świąt. Polski sklep był niedostępny (w centrum Drołdy nie dało się zaparkować), wyjechaliśmy więc na obrzeża, do Lidla i do południowej bramy, ale tam również chodzenie po Dunnesie pozostawiło w nas niesmak. Ścisk działający na nerwy, poza tym trend zauważam, że obiadowe rzeczy mają datę przydatności okołoświątecznej, jakby powyciągano z zamrażarek wszystkie grożące przeterminowaniem się zapasy. Na drugie śniadanie zaszliśmy do bistra Relish, które miało nazwę zbieżną z fajnym miejscem w centrum Drołdy, znikniętym w okresie pandemii. Niestety, poza nazwą, przybytki nie mają ze sobą nic wspólnego. Zamówiłam zupę krem, Kochany zadowolił się naleśnikami, przez połowę czasu przebywania w pomieszczeniu skupiałam się na ignorowaniu trującej woni świeczek zapachowych, które komuś najwyraźniej pachniały świętami (a mnie starą pastą do podłóg). Wróciliśmy do domu wczesnym popołudniem, w drodze rozmawiałam z mamą, nie za długo, bo tatko już ubrany i wypachniony, przestępował z nogi na nogę gotowy do wyjazdu (ale zdążył nam jeszcze pokazać krajobraz za oknem, wielką, szarą mgłę).

Pogoda parszywa, zimno, mokro, wietrznie. Po obiedzie oglądam pocieszajki. Pomiędzy dwoma pierwszymi odcinkami Devices and Desires (1991), w towarzystwie męża obejrzałam film Polańskiego, Rzeź (2011). Książki do tej pory nie tknęłam, ale ściągnęłam z biblioteki dwie pozycje na czytnik, może sytuacja się rozrusza.

piątek, 19 grudnia 2025

2193-2194. Napełnianie pustego słoika.

Jem ostatnio regularne, dziwne śniadania, prawie jak Grandad Joe: fasolka w tomacie i dwa jajka sadzone (tylko z lepszym chlebem, bo nie znoszę tego ichniego, białego i miękkiego jak nie powiem co, ale coś niedobrego). Bawi mnie myśl, że za kilka dni radykalna zmiana: będą świeże bułeczki kupowane rano przez tatkę. Byle dowiosłować. 

W czwartek rano dopadła mnie zmęczenio-nerwowość (czekam na spotkanie online), po południu zniechęcenie orką na ugorze. Energia ze mnie wyciekła; nie stało się nic dodatkowego, po prostu chyba deadline piątkowy, poczucie, że większość podopiecznych stosuje obstrukcje typowe dla niedojd pierwszego świata, oraz nadodpowiedzialność za cudze sprawy wytrąciły mnie z zen ku odrętwieniu. W takiej sytuacji nawet czytanie Pałacu to jak nóż w serce, nie mogę. Ale w domu, na łóżku, znajduję skarpetki w muchomory tygrysa, prezent od męża (muchomory były od Katlin), i gapię się na autopilocie w przedostatni odcinek Dalgliesha. Słoiczek z energią powoli się napełnia.

W piątkowe przedpołudnie użyłam swojej władzy: po dwóch godzinach rozpuściłam wszystkich do domu, bo już nie chciało mi się na nich patrzeć; uporządkowałam papiery, wysłałam parę emilków z życzeniami, dokonałam kolejnej próby napełniania słoika, działało, bo mogłam już przeczytać kilka stron Pałacu. O trzeciej Kochany się zjawił w swoim różowym płaszczu i wyjechaliśmy w kierunku północnym (miałam ochotę na obiad w mieście, ale zaczęły się właśnie świąteczne imprezy pracownicze i Simona była zarezerwowana na cały piątek), do stolika dla dwojga w The Valley Inn, przydrożnej knajpy dla klasy robotniczej, gdzie obiady są robione tak, jakby podawała irlandzka babcia: mash, gotowana kapusta, marchew i pasternak okalające kurzynę w białym sosie z leśnych grzybów, rozkosz! Przeżuwam, mniam, mniam, mniam, i czuję, że żyję, że oboje żyjemy:

Ze ścian patrzyły na nas lisy z limitowanych grafik Jonathana Walkera albo nieżyjącego Micka Cawstona, w tym z jednej podpisanej adekwatnym tytułem Friday Afternoon (po prawdzie lis nie patrzył, bo czytał gazetę):

Po obiedzie ruszyliśmy do El Paso, oficjalnie, żeby umyć Babcię w myjni (co w końcu się nie wydarzyło, jakiś kiks systemu), ale skoro jesteśmy w mieście to wiadomo, kawa:

W następstwie kawy spacer miejski, światełka i mała księgarnia Riverside czynna do szóstej, w niej dwie starsze panie Irlandki God bless you, thanks God, oraz jedna imigrantka (Irlandia powoduje, że God mnie nie drażni, nie jest to God różnych odwróconych baś, tylko zupełnie inny gościu). Więc musi być książka, wącham to i tamto, Kochany znalazł dla siebie taki prezent, który oczywiście zaraz mu wyczytam:

Wracamy do domu niby wieczorem, ale nocą. Ciemno. Zaniepokojona Mańka siedzi w oknie i zerka. Mąż kupił tacie dwa dodatkowe prezenty perfumowane, czyli na lotnisku dokupię coś tylko dla mamy. Zaraz robię nam herbaty, trochę piszę, potem wybieram się do sypialni na samotnicze dooglądanie A Taste for Death (1988; już wiedziałam, kto zabił), na koniec online kupuję włóczki i druty. 

Oczywiście, gdy tylko otrząsnęłam się ze słoikowej zadumy, przeczytałam ilustrowaną książkę Gavina Fridaya o Piterze i wilku.

Bronisława kilka dni temu nauczyła się zdobywać szafę, na którą Maryja wchodziła spacerując po karniszu. Kochany kupił im dzisiaj drapak-siedzisko, teraz obie kocóreczki leżakują w nim pod sufitem przytulone do siebie. Z fotela widzę tylko jedno różowe uszko Manii, wystawione za nowe posłanko. Nie do wiary, mam wolne.

niedziela, 14 grudnia 2025

2189. Nasłuchując.

Kochany pojechał rano do pracy, cokolwiek go wczoraj przygniotło, trochę zeszło.

Duża część niedzieli została wypełniona słuchaniem Nieznośnej lekkości bytu Kundery. Skończyłam słuchankę ok. czwartej, mogłam nareszcie umyć włosy i zabrać się za robienie obiadu. Podczas prysznica przyszła mi do głowy ciekawa hipoteza na temat milczenia Luśka (pewnie pod wpływem wczorajszej rozmowy z mamą); pożyjemy, zweryfikujemy. Ekspresowo wcisnęliśmy z Kochanym spaghetti. Przez chwilę skupiłam się na Szczygle, po czym odkopałam Dalgliesha z Marsdenem, A Taste for Death (1988); tradycyjnie sześciopak, będzie mnie więc bawił do piątku. Nadal młoda godzina, przyjemnie jest mieć czas.

niedziela, 20 października 2024

1769. Ashley.

Sztorm przyszedł tuż przed drugą w nocy, połamał mi chryzantemy, potem przez pół dnia udawał, że go nie ma i wrócił o trzeciej po południu. Do tego większość dnia zapchany był odpływ w kuchni, Kochany udrożnił go po powrocie z pracy. Nadal wściekle wieje, prąd jako tako mamy, światło przygasło tylko na chwilę. Za ścianą w ogrodzie sąsiada rozpacza jego pies, pewnie ze strachu przed zjawiskiem

Mam jakieś materiały na jutro, więc pozwalam sobie na kontynuację mentalnego i emocjonalnego lenistwa. Dokończyłam tylko oglądanie The Black Tower z Artem Malikiem, binge-watching trzech odcinków, oraz chwilę czytałam Borę Chung.
___
edit 20:05 wjechała czarna herbata z cukrem i cytryną, rzadko pijam, więc mam z tego dużo frajdy. Jeszcze nic robienie, słuchanie buszującego wiatru, siedzenie niedaleko Freda, który relaksuje się po pracowitym dniu.
___
edit 22:00 na deser rozmowa z Krakusami, którzy chcieli Fredowi zwrócić pieniądze, a przy okazji jeszcze czatowaliśmy sobie o tym i owym, planach, górach i historiach. Wcześniej rozmawialiśmy z Kochanym o ewentualnej podróży w okolicach świąt; wylot w kierunku stolicy małopolski byłby ciekawym rozwiązaniem logistycznym, tylko na razie bilety są zbyt drogie, żeby na poważnie ekscytować się tą myślą. Sprawdziłam kiedy kupowałam bilety w ostatnich dwóch latach, jest jeszcze czas na przemyślenia i podejmowanie ostatecznych decyzji.

sobota, 19 października 2024

1768. Chyba będziemy żyli.

Wyskoczyłam z łoża, żeby zakropić oko mojemu misiu (krople trzymamy w lodówce) przed jego wyjazdem do pracy i już tak zostało. Jest o wiele lepiej, wprawdzie kaszlę, ale nie mam takiej mgły we łbie. Zaczęłam oglądać starego Dalgliesha, The Black Tower (1985), jak do tej pory trzy odcinki i trzy trupy, super. W międzyczasie odbyłam drzemkę, długą i pokrzepiającą. Mózg działa normalnie. 

Wieczorem dodzwoniłam się do rodziców. Wieści: Maksio będzie miał w poniedziałek operację i nie wiadomo, czy przeżyje, bo serce ma bardzo słabe (mama mierzy mu ilość oddechów za pomocą specjalnej aplikacji); rodzice wycięli Malince wrastający wilczy pazur, już się z nim nie męczy wielka gapa; tatko ma od lekarza długi plan wypiękniania zębów (mama stwierdziła, że wszystko będzie nieomal w cenie samochodu); zamówienie z Empiku przyszło kompletne (jest najnowsza Masłowska, Tokarczuk x 2, płyta Prońko, i tak dalej). U nas ekscytacji mniej, ale przy okazji dowiedziałam się, że idzie na nas pierwszy sztorm sezonu, Ashley; poza tym Fred przypomniał sobie, że w czwartek pytała o mnie pani Stempelek (zawsze to miło). Ach, i test na covid wyszedł mi negatywny.

Wciągnęła mnie genealogia, zaczęłam robić rozpiskę dziwnych przemieszczeń tajemniczego prapraprapradziadka Macieja. Niektórzy mają ciekawych przodków, ja mam samych wędrownych biedaków. No i co zrobić? Siedzi w genach ;) 

Może jeszcze jeden Dalgliesh? Mózg nadal pobudzony, szuka zajęcia.

wtorek, 23 lipca 2024

1680. Nie w paluszek!

Kic, kic, kic, żeby nie stąpać na sinym paluszku. Z każdą godziną lepiej, mniej wkurwiająco. Mimo wszystko, kilka miłych rzeczy. U innych ludzi: Marksistka kupiła mieszkanko w Polsce i bardzo jest z siebie dumna, pierwsze widoki zostały nam przesłane; wyjazd Anne przeniósł się na wtorek, więc nie ma potrzeby robić zamaszystych ruchów z opieką nad Junoną z tyłu głowy, wrócimy to będziemy; Kochany przyjechał po mnie do centrum miasta (po zakończeniu swojej pracy na obrzeżach) i od razu wyjechaliśmy do El Paso, z postanowieniem, że jedziemy na obiad do restawranta. Tylko jeszcze chwilka (czyli jakaś godzina) dla Freda, żeby mógł się odświeżyć i podjechaliśmy zaparkować na Magnet Rd, a stamtąd do włoskiej perełki, Nonna Nenne. Ostatnio byliśmy tutaj cztery lata temu we wrześniu, w drodze powrotnej z Fair Head. Rozmawialiśmy chwilę z (jak się domyślam) właścicielami.

W ten sposób (poranna kawiarnia, popołudniowe centrum handlowe, wieczorne polegiwanie na sofie przy oknie) skończyłam czytać The Lighthouse P.D. James (Faber & Faber, 2020). Miałam robić coś ważnego, związanego z tutoringiem, ale na szczęście palec u nogi wyprostował mi priorytety.

niedziela, 21 lipca 2024

1677-1678. Deszcz / latarnia / domowo.

Sobota
Kochany pocałował mnie i w deszczu wybył do swojej pracy na długie godziny. Po śniadaniu zamierzałam zabrać się za czytanie The Lighthouse, ale tak się rozgościłam w sypialni, że usnęłam. W śnie przerywanym jawą szłam po Karkonoszach, gubiłam się i odnajdywałam, jadłam naleśniki. Dopiero w samo południe ponownie wygrzebałam się z pieleszy. Trochę czytałam, trochę nadrabiałam oglądanie mietczynskiego i Gosi ze Szkocji. Kochany wrócił po piątej, obiad, zaleganie przed laptopami; Fred z psem na spacerze. Pierwszy raz zauważyłam malutkiego nietoperza polującego w promieniach zachodzącego słońca.

Niedziela
Wstałam po siódmej, Kochany pospał dłużej, bo też i położył się spać później ode mnie. Zrobiłam mu kawkę, pogapiliśmy się na jakiś program o szyciu na RTE (The Great British Sewing Bee), potem “rozeszliśmy” się do swoich planów, ja do czytania książki przerywanego drzemką, Fred do poprawiania tekstu. O trzeciej zaczęłam robić obiad, Kochany wyskoczył do Tesco, żeby kupić coś mięsnego dla siebie (dla mnie były kotlety z kalafiora). Po obiedzie podjechaliśmy pod 3rd Place, ale było zamknięte, więc skręciliśmy do Costy przy Omniplexie (po drodze musieliśmy ominąć protesty antyimigracyjny); zmarudziliśmy tak dobrą godzinę. Sporo dzisiaj było deszczu, Kochany i Pieseł wrócili z wieczornego spaceru porządnie zmoknięci. Po całym dniu niespiesznego podczytywania kryminału P.D James, jestem w połowie książki (lektura bardzo satysfakcjonująca).

czwartek, 18 lipca 2024

1675. Nienormalni.

Deszczowo i ciepło. W pracy wyklejałam (równie zajmujące zajęcie jak wczorajsze pompowanie balonów), jutro też pewnie będę głównie wyklejać. W jakimś tam sensie dobrze, nie trzeba myśleć, nie trzeba zaglądać do papierów. Fred przyjechał pod Centrum, zapakowałam się i od razu ruszyliśmy do El Paso ... na kawę. Zamiast wrócić na chatę jak normalni ludzie (przy założeniu, że normalni ludzie po pracy idą do kawiarni), kręciliśmy się po mieście, ja z książką w ręce (znowu wstąpiliśmy do Carroll's Books).

Spacer nie miał wyraźnego celu, doszliśmy do rzeki Castletown i wróciliśmy do punktu wyjścia przez park św. Heleny, Mary St N, Seatown i Chapel St. Całkiem spore kółko.

Wyszło więc tak, że byliśmy w domu o siódmej, Kochany zrobił obiad na ósmą (chmury, które gromadziły się na horyzoncie przez cały czas naszego spaceru, w końcu spadły na osiedle). W międzyczasie rozmowa ze świekrą, złożenie życzeń. Do późna oglądaliśmy Filipa (2022) Kwiecińskiego, z przerwą na spacer Freda z psem. Mogłabym siedzieć, gadać, pisać. Po wczorajszym jako takim odespaniu, znowu hoduję zmęczenie.

niedziela, 4 lutego 2024

1510-1511. Wiatr z zachodu.

Sobota
Kochany odezwał się z rana ubrany w nowy T-Shirt w obrazki z Boscha. Porozmawialiśmy, po czym rozpoczęłam bardzo spokojny dzień nicnierobienia. Ze spraw okołodomowych ruszyłam tylko jedną: wysadziłam do kilku donic pozostałe cebule wyciągnięte z ziemi pod oknem. Jest na to za późno, ale z tym już nic nie zrobię, wykiełkuje to, co może wykiełkować. Poza tym wysypałam szpakom robaki (cieszę się, że ptaki wróciły do ogródka). Rozmawiałam krótko z mamą. Zrobiłam też binge-watching dalszych odcinków Shroud for a Nightingale, 2-5. Dobre uczynki zostały przesunięte na jutro.

Pod północ, gdy czytałam w łóżku, nagle przez messengera zadzwonił Perlisty. Rozmawiał wcześniej z Fredem, ze mną też chciał pogadać. Wymówiłam się po kwadransie (myślę, że jest bardzo samotny).

Niedziela
Włożyłam ciut więcej wysiłku niż wczoraj w to aby nadać temu dniowi jakąś strukturę. Duże śniadanie. Skończyłam czytać Chrześcijaństwo. Amoralna religia Nowaka & Ziemińskiego (Prószyński i S-ka, 2023) i wybrałam z półki jako lekturę do nadrobienia dawno odstałą Gomorę tandemu Nowak & Obirek (Agora, 2021). To będzie czytadełko wieczorne, w ciągu dnia wolę słuchać świeżo kupionego audiobooka z głosem Doroty Segdy przedstawiającym Tajemnicę domu Helclów Szymiczkowej (Znak, 2015). 

Przed południem znowu odezwał się do mnie Perlisty (?). Po południu Fred zadzwonił, żeby mi wigilię pokazać, więc pomachałam wszystkim przy stole i zostało mi odmachane. Pisałam z Aś (u Pewnej Osoby wszystko dobrze, dochodzi do siebie po operacji oka). Rozmawiałam z mamą (coś jest przygnębiona). Rozmawiałam z Luś (w pracy wydarzyła się tragedia; wymieniamy się uwagami o lekturach). Rozmawiałam z mamą jeszcze raz (żeby jej przekazać wiadomość o tragedii). Rozmawiałam z Fredem (Kochany zły na pogodę i podłamany, bo nie wie jak wyszły zdjęcia). Podczas tej ostatniej rozmowy na poprawienie nastroju zaczęłam podjadać przywiezione z Polski herbatniki bożonarodzeniowe (smarowałam je obficie polskim dżemem malinowym i wszystkie herbatniki zniknęły; nie powinnam, ale już sobie wybaczyłam). Wszystko pewnie przez ten wiatr. Czyli jest szansa na poprawę.

piątek, 2 lutego 2024

Postscriptum #1509.

Obejrzałam pierwszy odcinek Shroud for a Nightingale, czyli Dalgliesha z roku 1984. A Fred w Jeleniej poszedł na Kosa (2023) i teraz żałuje, że nie poszliśmy razem, bo nie może mi opowiedzieć wszystkiego i musi czekać z dogłębną analizą. Poza tym Kochany już zakupił karton i będzie wycinał korony. 

Wśród dobrych uczynków na jutro: zagadać do Aś.

poniedziałek, 8 stycznia 2024

1484. Back to work.

Kochany wrócił nad ranem. Gdy wstawałam uprzedził mnie, że powinnam uważać na drodze, bo na wybrzeże opadła mgła, która natychmiast zamarzła; przez jakiś czas żyłam więc nadzieją, że poniedziałek zostanie odwołany i będę mogła na powrót zakopać się pod kołdrą. Nic takiego się nie wydarzyło. Akurat przygotowywałam śniadanie, gdy usłyszałam skrobanie w okno. Niepojęte! Gamoń przyszedł, pogłaskałam, powiedziałam mu dzień dobry i poleciłam, żeby wracał do domu. 

Autobus przyjechał (lekko spóźniony), czyli trzeba było pracować. Well. Poznałam Ołena. Po trzech godzinach użerania się z rosnącą nadpobudliwością podopiecznych życzyłam wszystkim HNY (Krisowi-woźnemu też, jeszcze się załapał przy drzwiach wejściowych) i ruszyłam o dwunastej w drogę powrotną — polski sklep (pierogies) i patataj na przystanek. Byłam w domu po pierwszej, otworzyłam drzwi własnym kluczem i rozpłaszczając się w Kuchniosalonie przestraszyłam Kochanego, który akurat golutki wychodził z łazienki (od słuchania punkowej muzyki głuchy ten mój Fred jak pień).

Dojadłam resztki obiadowe z wczoraj, jogurt z granolą i mandarynkę. Jaki piękny jest ten świat! Wczesne powroty z pracy to cymes i orzeszki. Ciepło w brzuszku przyniosło senność, której nie miałam siły się opierać. Ucięłam sobie drzemkę; słyszałam lewym uchem jak Kochany zamyka drzwi i odjeżdża do wieczornej pracy. Potem rozmawialiśmy przez messengera, gdy mąż był już w Belfaście. 

Dokończyłam oglądanie Death of an Expert Witness z Marsdenem. Przeciętny z paroma kiepskimi aktorami w tle i równie odstającymi postsynchronami (ze względu na krindżową satysfakcję będzie kontynuacja). Jestem ciekawa nowej wersji.

niedziela, 7 stycznia 2024

1482-1483. Szósty & siódmy.

Sobota.
Kochany położył się do łóżka gdzieś o piątej nad ranem i zamówił budzenie na jedenastą. W nocy nie uchyliłam okna w sypialni (jak mamy to ostatnio w zwyczaju), ale i tak marzłam pod kołdrą. Przyczynę poznałam dopiero rano: przyszedł do nas mroźny, słoneczny wyż znad Skandynawii, w ogrodzie jeszcze jakiś czas utrzymywał się szron. Na zewnętrznym parapecie znowu pojawił się Bán (pewnie skuszony moimi niezbornymi ruchami podczas przygotowywania owsianki), a nawet bezczelnie zamiauczał. Dopóki się nie odzywa, okno jest zasłonięte, a w słońcu widać jego uszy, mogę sobie wyobrażać, że to Rysio, i to jest bardzo przyjemne uczucie. 

Fred musiał przed obiadem odebrać u dostawcy części do autka (łożyska do tylnych kół), więc wyjechaliśmy do miasta z planem kulinarno-zakupowym w głowie. Najpierw łożyska, TK Maxx, potem parking przy dworcu autobusowym, a stamtąd spacer do CG. Dobry obiad (dla Kochanego był to pierwszy normalny posiłek), kawa w Czarnej, następnie zakupy spożywcze w Tesco. Gdy dojeżdżaliśmy do domu powoli zapadał zmrok. 

Z przyjemności niespodziewanych: Kochany postanowił kiedy dokładnie leci do Polski załatwić swoje sprawy artystyczne i zabiera misia w teczkę, czyli mnie, na jeden weekend (sam wraca po dwóch tygodniach, ale podróż z mężem oznacza, że spędzę dwa dni u rodziców, co jest zawsze miłe). Daty wybrane, bilety kupione, rodzice poinformowani. Oprócz tego Fred rozmawiał z koleżanką z Mallow, szykuje się mu nocowanie u znajomych ... może tym razem i ja się wybiorę? I jeszcze, małżonek kupił duuużo rzeczy w Empiku na sumę niebagatelną. Styczeń zaczyna wyglądać nieco dynamiczniej. 

Wieczorem Sherlock, 3.02 (2014). W grudniu niechcący obejrzeliśmy ostatni odcinek sezonu, więc teraz trzeba było zaliczyć środkowy i zrobiliśmy to z przyjemnością, bo okazał się zabawny.

Niedziela.
Budzik zaryczał o 3:30 (nadal nie wyłączyłam powiadomienia ustawionego na wyjazd do Polski w grudniu). Kochany o wpół do drugiej wyjeżdżał do pracy, więc obiad zjedliśmy wcześniej niż zwykle, a poranek spędziliśmy na serfowaniu w sieci, rozmowach i piciu herbat. Pogoda była tak jasna i przejrzysta, że gdy Fred odjechał wyszłam na spacer do morza. Fotografowałam swój długi cień i mrużyłam oczy, ciężko się szło pod słońce, szybko mnie to zmęczyło. 

Musiałam przygotować zajęcia na jutro, najpierw jednak zajadając jogurt z granolą obejrzałam czwarty odcinek Death of an Expert Witness (1983). Wstawiłam małe pranie, zrobiłam plan na jutro, umyłam włosy, przekonałam samą siebie do zerknięcia na piąty odcinek Dalgliesha podczas kolacji.

W piątek zaczęłam czytać E.E. Olgi Tokarczuk (Wyd. Literackie, 2020), ukończyłam ją dzisiaj po dziesiątej wieczorem. Bardzo satysfakcjonująca lektura do suszenia włosów (jest psychologia, jest Breslau), podczas czytania moje myśli wracały do Empuzjonu.

piątek, 5 stycznia 2024

1481. Dzień piąty.

Po zrobieniu kawy dla Kochanego i zjedzeniu własnego śniadania (znowu jajka sadzone i fasolka w sosie pomidorowym, mężu mi uświadomił, że to przecież irish breakfast; jeszcze tylko zacznę łaknąć frytek z octem i jestem tutejsza jak w pysk strzelił) wyszłam nad morze. Zanim to się jednak stało, przed domem natknęłam się na Bána (gamoń najpierw siedział na zewnętrznym parapecie):

No i tak, daliśmy mu Rysiowy pasztecik (nie wiem, czy to był dobry pomysł, ale stało się). 

W drodze na plażę zadzwoniłam do tatki i pokazałam mu wybrzeże:

Słońce nadal wisi nisko, szło się przyjemnie (tata zadowolony akurat siedział w kuchni popijając kawę, ale miał już w głowie plan dnia). Kiedy wróciłam, Fred po sprawdzeniu wszystkiego oświadczył, że najbardziej zmarzła mi broda. 

Nie było dzisiaj wspólnego obiadu, bo Kochany po trzeciej wyjechał do pracy (zaczynał od szóstej, ale musiał jeszcze załatwić sprawy na mieście), zamiast tego zrobiłam sobie sałatkę po żydowsku (wzbogaconą resztkami selera naciowego i wczorajszym jogurtem obiadowym). Poza tym pielęgnuję maraźmik (nadrobiłam 1000-b Sisters i obejrzałam dwa kolejne odcinki Death of an Expert Witness), genealoguję, ćwiczę, czytam.

czwartek, 4 stycznia 2024

1480. Dzień czwarty.

Wstałam o siódmej (miałam poleżeć dłużej, ale w pięć minut uznałam to za bezcelowe przeciąganie nudnej sytuacji), napiłam się zielonej herbaty, zrobiłam dobre śniadanie (dwa jajka, mozzarella, pomidorki), wstawiłam Fredowe pranie (potem nawet wywiesiłam je na trochę w ogródku), na deser mała kawa i trochę winogron (walczę z podjadaniem słodkości). W końcu wyszłam na spacer:


Mimo słońca odczuwałam chłód większy niż wczoraj i zamiast do rumowiska doszłam tylko do zakątka z kamieniami. Pół godziny po jedenastej byłam już z powrotem -- po drodze spotkałam Amber (pod sklepem, przez moment myślałam, że to Rysio), a pod domem Bána, wiecznego optymistę (niczym go nie częstuję, ale i tak podbiega z powtarzalnym entuzjazmem).

Dokończyłam oglądanie miniserii Cover Her Face, a ponieważ wiem, że polecany przez Hebiusa drugi sezon nowego Dalgliesha zaczyna się od adaptacji powieści Death of an Expert Witness, postanowiłam najpierw obejrzeć wersję z Marsdenem (zerknęłam na jeden odcinek, w którym nawet jeszcze nie zginął ten, kto powinien). Zrobiłam prasowanie i obiad. Gdzieś pomiędzy nadrobiłam całkiem świeże dwa pierwsze odcinki piątego sezonu 1000-lb Sisters (prawie cały czwarty sezon przegapiłam bez żalu). Sporo dzisiaj tego lampienia się w ekran. Kochany wrócił zmęczony, zjedliśmy obiad, pogadaliśmy; herbata, ćwiczenia, prysznic, lektura, spać.

środa, 3 stycznia 2024

1479. Dzień trzeci.

Druga pobudka po ósmej (pierwsza była chyba wtedy, gdy Fred przygotowywał się do wyjścia, ale to tylko na czas obrócenia się na drugi boczuś).

Po śniadaniu, żeby zapobiec marazmowi, wybrałam się na dłuższą pieszą wycieczkę (pogoda sprzyjała, chłodno, ale bezwietrznie i bez deszczu). Minęłam Dżejmiego spacerującego z psem (hny). Rzeczka pomykała raźno, zrobiłam to zdjęcie niebezpiecznie bujając się na lichej kładce:


Krokodyle zastałam prawie zupełnie przysypane piaskiem:


Znalazłam parę dziwnych kamieni:



... i obfotografowałam skały Gondwany:



Podobnie jak rok temu o tej porze, na plaży pojawiły się duże muszle, a na nich mnóstwo pąkli, chyba jeszcze żywych. Może przypływ (który już zmierzał w naszym kierunku) zabrał je z powrotem:


Do domu wróciłam w południe (kiedy byłam już niedaleko naszej hacjendy zauważyłam kuśtykająca Moirę; pomyślałam, że ta mała starsza pani w swojej dziwnej czapce z powiewającymi wiązaniami wygląda jak irlandzki skrzat, a ona jakby usłyszała moje myśli, odwróciła się i machnęłyśmy do siebie). 

Włączyłam Rozmyślania (skończyłam je dzisiaj słuchać), trochę serfowałam w sieci, wyszłam na chwilę na dwór, żeby sfotografować ubezpieczenie samochodu Anne i wysłać jej zdjęcie messengerem (napisała do mnie z hameryki, bo nie mogła się dodzwonić do Majkela), więc zaraz wpadłam na Bána. Pogłaskałam go i zamknęłam mu drzwi przed nosem, sąsiad się jednak łatwo nie poddawał. Czy ten ryjek może kłamać?


Ramotowaty Dalgliesh mnie wciągnął, obejrzałam trzy kolejne odcinki Cover Her Face, ostatni tuż przed powrotem Freda do domu. 

Kochany zatrzymał się samochodem przed wjazdem do osiedla, bo trasę blokowały mu dwie karetki pogotowia. Zjedliśmy obiad wyglądając od czasu przez okno w mrok (światła nadal błyskały, ludzie zaczęli się zbierać przed domem sąsiada-rybaka; zły znak). Grało nam Pink Floyd, płyta Wish You Were Here (1975). Katlin właśnie zapukała, żeby nam powiedzieć (zapłakana i wstrząśnięta). Thomas umarł.