Sobotę zaczynałam w odcinkach, budziłam się kilkakrotnie, najpierw, bo Kochany wstawał wcześnie do pracy, potem budziły mnie sny, których za Chiny nie pamiętam (na pewno nie były to koszmary, jakieś wątki ciekawe, ale ślady pamięci znikły). Gdy się w końcu wykopałam spod kołdry, zupełnie zaskoczył mnie widok za oknem, mgła i biel szadzi na dachach.
Gdzieś z rana zauważyłam, że znajomy, który ostatnio próbował się ze mną skontaktować, usunął mnie ze znajomych na FB. Po raz drugi, bo już się to zdarzyło. Chyba jestem przyczyną czyjegoś strapienia. Czasem tak bywa, że można nic nie robić, nie mieć żadnych intencji, a i tak wychodzi komuś na złe.
Przy śniadaniu odkryłam w domu po prawo jakieś oznaki życia, ktoś się tam tłukł, drzwi były półotwarte, pies wrócił. Czyli plotki zawierały w sobie tylko ziarno prawdy. Może sąsiad, tak jak sąsiad u moich rodziców, mieszka na dwa domy i do nas wpada z psem raz na jakiś czas? (swoją drogą, sąsiad moich rodziców dość mnie fascynuje, starszy pan z kundelkiem, na działce vis-à-vis mojego domu rodzinnego wybudował coś w rodzaju drewnianego letniska typowego dla ogródków działkowych; kiedyś był to ogród innych sąsiadów, pod którym kryły się fundamenty zbombardowanego domu, teraz rodzaj rod(os) i to bardzo ładnie wykorzystane; pan przyjeżdża, rozpakowuje się, piesek biega, obszczekuje kąty i drewniany domek ożywa na kilka dni, w oknie świeci się światło, z komina sunie niewielki dym, jest życie).
W ciągu dnia coś tam zrobiłam nibypożytecznego, odpaliłam mopa i tak dalej. Obejrzałam A Mind to Murder (1995) ... to nie wiem, czy pożyteczne ;) Zrobiłam nam obiad. Z dużym opóźnieniem zerknęłam na Wigilię w Japonii. Dzień przeleciał. Kochany po prysznicu, Bronka u kotaty na kolanach, prasówka.



















