Nareszcie jest, najdłuższa noc w roku, a później coraz więcej światła. Zaczęłam dzień od dokumentu o ślepowronach w Dolinie Górnej Wisły :D Obejrzeliśmy też z Kochanym Pętlę (1957) Hasa (trzeba przeczytać Hłaskę, ale to w nowym roku). Rodzice wyjechali do miasta, a ponieważ mama dostała na swój telefon kod potrzebny do odbioru laptopa, nie musieliśmy wybierać się do Tcy, laptop przywiózł się razem z rocznicowym tortem. Kochany miał trochę zabawy z nowym sprzętem (czternastocalowy Dell Inspiron), ale że nie pamięta wszystkich haseł, najlepsze zostawił na później. Ja z kolei zrobiłam sobie po południu dłuższą drzemkę; przebudziłam się na dobre, kiedy był czas na przygotowywanie herbaty i kawy. Gdyż:
Wprawdzie ślub kościelny był w pierwszym dniu świąt, ale cywilny właśnie dzisiaj, więc rodzice nie chcieli czekać zbyt długo z pysznym tortem śmietanowym z malinami, gdyż byłaby to zbrodnia na torcie.
Chyrlam, ale nie jest tak źle. Z minusów, nigdzie dzisiaj nie wychodziliśmy. Za to już czuję świętowanie (nareszcie, bo katar trochę mi tę radość niecodzienności zasmarkał), chociaż większość dnia chodziłam w szlafroku, albo w rozciągniętych spodniach po mamie (bardzo wygodne, super). Kuchennie wydarzeń niewiele, bigos dochodzi od wczoraj, poza tym constans; na obiad rodzice przywieźli kurczaka z rożna. Martwi mnie, że mama jest często zmęczona. Wieczorem lampimy się z Fredem w kryminały na TV 6.

Wczoraj słuchałem reportażu o Hłasce. Młodzi ludzie już nawet nie wiedza, że mieliśmy takiego pisarza.
OdpowiedzUsuń@Dariuszu, jeśli nie czytają niczego starszego (albo nie czytają książek wcale), mogą nie wiedzieć. Z drugiej strony to specyficzna literatura; mnie w sumie chodzi o sprawdzenie na ile Has dodał do scenariusza pewne obserwacje :)
Usuń