Pomimo bank holiday Fred musiał dzisiaj jechać do pracy. Tymczasem ja zapadłam się w dziurę sierpniową (pisałam wczoraj, że szaro + ponuro? nic się nie zmieniło w temacie); na śniadanie zjadłam robaki, zrobiłam sobie kawę z aeropressu (zacne ziarno kupione w 3rd Place się już skończyło, ale mamy niezłe Galway Roast), oddałam się przez kilka chwil trzaskaniu francuskiego na duolingo (podobno szwagierka też trzaska), oraz skończyłam czytać Jak przestać się bać Ellen Hendriksen (Feeria, 2020) — ciekawe koncepcje, proste jak drut, więc tym trudniejsze do wykonania.
Po obiedzie zadzwoniłam do rodziców, żeby im powiedzieć, że bilet na pociąg już kupiony i będę wysiadała w nietypowym miejscu (przez messengera pokazano mi Zosię, bardzo rezolutna, spokojna koteczka, mama na to, że możemy ją sobie wziąć). Oglądałam trochę olimpijskiej lekkoatletyki (przede wszystkim finał biegu kobiet na 5 km i 800 m). Wieczorem zasiedliśmy z Kochanym do filmu o Białoszewskim, ale daliśmy sobie spokój po drugiej reklamie wyskakującej w ciągu pierwszych pięciu minut seansu. Może będzie jeszcze okazja.
(rozkład pracy na jutro nieznany, powinnam dłubać home office, tylko, że nie mam nad czym siedzieć, emilka njet, trudno świetnie, będzie jutro, będzie pani zadowolona)





