Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapachy. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą zapachy. Pokaż wszystkie posty

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

niedziela, 24 grudnia 2023

1469. Wilija'23.

Męczył mnie nos i kaszel, więc wstałam z łóżka przed siódmą, żeby się przeciągnąć i napić herbaty, a tu za oknem sytuacja śniegowa:

Jeszcze przed śniadaniem zaczęłam robić sałatkę (Kochany nucąc Christmas Time The Darkness pomógł mi w krojeniu kartofli, ale to później w ciągu dnia). Zawinęłam też krokiety (wyszło 16). Mama przygotowała karpia, zrobiła galaretkę z kurzyny i kapustę z fasolą à la babcia Mania. Przez większość czasu pracowałyśmy pod czujnym okiem inspektora ds. żywności:

Po wodzie ze śledzia pojechaliśmy z Fredem na chwilę na cmentarz, żeby zostawić światło dla dziadków i cioci. W tym czasie śnieg zdążył już stopnieć i na ścieżkach zalegały brejokałuże.

Wigilia była bezopłatkowa, intencjonalnie, bo nie było komu pójść do kościoła (rodzice nie przejawili entuzjazmu w tym kierunku). Wymieniliśmy się prezentami, zjedliśmy parę potraw (ja uszka w barszczu, pieroga i kapustę z fasolą). W trakcie kolacji zadzwoniła świekra, żeby nam pokazać rodzinną imprezę ze szwagrostwem. Po kolacji tatko zadzwonił do wujka Kaza i nawet wcięłam się mu w rozmowę, bo widać było, że chrzestny jest zaciekawiony naszą wizytą. Kochany dostał ode mnie perfumę Armaniego Bois D'Encens, ja dostałam czytnik książek PocketBook Era :D. Dzień był udany pod wieloma względami, np. Malineczka, która wczoraj nie chciała jeść i puszczała bąki, dzisiaj odzyskała apetyt. Teraz przed nami dwa dni laby bez martwienia się o obiady.

sobota, 23 września 2023

1377. Grafik sobotni.

Ok. 8:00 kręcę się, odkrywam, sprawdzam smartfona, Fred masuje mi kark, w końcu nasze turlania się w łóżku Ryszard rozpoznaje jako przyzwolenie na zagadanie. Spaliśmy przy zamkniętym oknie, więc wstaję i wypuszczam Ryszarda, który zdecydowanie całym kotem mówi na dwór. Robię nam herbatę i kawę. Przypominam sobie, żeby podładować aparat fotograficzny.

9:45 Kot chwilę wcześniej wrócił z porannego spaceru, zjadł trochę i zaszył się w sypialni. Jem resztki wczorajszego obiadu (makloubeh z kurczakiem), Kochany preparuje kanapki dla siebie. Robię mężowi drugą kawę (Amber pokazuje się w drzwiach do sypialni, ale ucieka, gdy idę w jej kierunku). Pralka kończy program, więc rozwieszam pranie w ogródku.

10:45 W końcu rozpakowałam irygator, nie możemy go używać w łazience, stąd ta zwłoka. Nieporęcznie, ale niech będzie. Irygator, nitkowanie, mycie, płukanka. Od kilku dni używam perfum Cavalli Nero Absoluto (zdecydowanie jesienny zapach).

11:05 jestem już gotowa na spacer do plaży (aparat i herbata truskawkowa w kubku-termosie są na poszykusiu), gdy Fred mnie pyta, czy chcę zobaczyć kaczki. Chcę. Zmieniamy plan. O 11:14 wskakujemy do samochodu i jedziemy 130 km na północ (zatrzymujemy się tylko w Dundalku, żeby dotankować auto i kupić coś do jedzenia na później).

13:25 Castle Espie, pierwszy dzień jesieni (w drodze Kochany przypomina sobie, że ostatni raz był tutaj dzień po śmierci swojego ojca). Kupujemy bilety (Fred szuka znajomej, Kirsty, ale w tym momencie jest nieuchwytna). Pogoda dopisuje, tylko niestety nie można karmić kaczuch, są pod siatką, chronione od dzikich sąsiadów. Pod koniec przygody spotykamy miłą Kirsty, która dopowiada nam tło tej historii: kilka miesięcy temu w zakątku wybuchła ptasia grypa, stracili dużo młodych oraz kilka starszych kaczek. Do roku czasu będą uważani za miejsce podwyższonego ryzyka, na razie więc siatka, zakaz karmienia, maty dezynfekujące przy wejściach. Smutek. Ale za to bernikle obrożne już są! Przyleciały na zimowe pastwiska. Oraz Kirsty zapodaje Fredowi swoją wizytówkę, żebyśmy następnym razem mieli darmowe wejście. 

Po spacerze (ok. 15:00) zachodzimy jeszcze do centrum turystycznego, kupuję różowe skarpetki w jeże i brelok do kluczy pracowniczych (filcowe kulki). Kochanego ciągnie do kawy, więc przy okazji zjadamy bardzo dobry wege kisz.

Przed 18:00 jesteśmy z powrotem w domu. Szybko znosimy pranie z ogródka, bo za nami ciągnie zmiana pogody. Deszcz/wiatr. Iron Maiden. Jeszcze jakiś czas nie bardzo jesteśmy głodni.

19:40 wysyłam wniosek o dopisanie mnie do spisu wyborców w obwodzie 111. 

21:15 drugi raz słucham ostatniej płyty Masłowskiej. Fred będzie podgrzewał placki ziemniaczane na późną kolację. Ryszard siedzi zniesmaczony w otwartym oknie sypialni (deszcz/wiatr kontynuacja).

środa, 30 marca 2022

834. Zaraz.

Na początku była ciemność.
Jaki śmieszny jest ten nasz łoś. Pojawił się pod samochodem przy wystawionych walizkach i dał się z łaski pogłaskać. Uważaj na siebie mały grubasie.

Kupić ci te perfumy? To ci kupię. Armani Thé Ylang, takie coś zakupione na lotnisku mam od Freda. Teraz czekamy, tłum się zagęszcza.
No to wio.

czwartek, 24 grudnia 2020

373. Słoneczna wigilia.

Czy ja zapisałam, że wczoraj śniło mi się, że oglądam nowy serial z Chuckiem Norrisem, który mieszkając na wyspie produkował samochody wyścigowe? Dzisiejszy sen był równie odjechany, ale im bardziej przypominam sobie tamtego Chucka, tym bardziej nie wiem o czym to było tym razem. Pamiętałam go jeszcze nad ranem, gdy kot obudził mnie swoim żałosnym miaukiem po piątej rano.

Sałatka jarzynowa i krokiety z pieczarkami i cheddarem są dość pracochłonne, więc zabrałam się za tę sprawę jeszcze przed śniadaniem, po śniadaniu włączając pod smażenie naleśników The Violin Concertos J.S. Bacha (2006) w wykonaniu Camerata Antonio Luco. Fred pojechał w tym czasie kupić świeży chleb i kilka innych niezbędników, a po powrocie zaniósł ostatnią paczkę świąteczną, słodycze dla Thomasa. W handlu wymiennym dostaliśmy za to świeże krewetki z naszej zatoki.

Wigilia była złożona z uszek w barszczu oraz wspomnianych krokietów i sałatki jarzynowej. Akurat, gdy zaczęłam wszystko podgrzewać odezwali się z Polski rodzice i mieliśmy prawie godzinną wideokonferencję — mama pochwaliła się projektorem, który rzuca światełka na ścianę domu. Wideokonferencja została dwa razy przerwana przez mikołaje. Katlin przyniosła aż dwie torby, w nich zestaw kremów Aveeno i kraciasty szal z The Quiet Man Collection dla Freda oraz duży szal w pepitkę i perfumowany zestaw Bella Vida dla mnie. Przy okazji pożaliła się na artretyzm w rękach, najwyraźniej akupunktura pomaga tyle, co nic, przez to nie widujemy jej za często. Pięć minut później do drzwi zapukał Thomas w koszulce z krótkim rękawem (jaki gorąc!) i kilogramem świeżej ryby. Rybka poszła do zamrażalnika, bo naprawdę teraz nie ma jej gdzie upchnąć. W międzyczasie pojawił się na stole dodatkowy prezent dla mnie — podkład Laury Mercier i perfumy Twilly d'Hermès:

Imbir z bergamotką i odrobiną gorzkiej pomarańczy, w nucie serca tuberoza miesza się z kwiatem pomarańczy i jaśminem, wszystko to na bazie z drzewa sandałowego i wanilii. Piękny zapach.

Zamotani w wigilijne szaliki miziając się stopami obejrzeliśmy Statystów (2006) Kwiecińskiego. Miał swoje dobre momenty, a my jesteśmy w nastrojach łaskawych.

Jot przesłała nam zdjęcia chłopców, pidżamki pasują!