Ciepło, szerokie spodnie i bluzka z rollingstonesami. Grubaskowaty Dżejmi szedł ze mną do West St w swoim różowym outficie porannym popalając e-papierosa o smaku truskawkowym. Bye Dżejmi, and don't follow me!
Ponieważ zapowiada się nam jednorazowy przypływ gotówki, Fred zaproponował kupno nowego komputera (dla mnie). Nawet bym o tym nie pomyślała, gdybym nie była znaną lokalnie rozlewaczką herbat na klawiatury. Mój HP Envy to nadal niezły sprzęt, ale przez to rozlewanie muszę do niego podłączać klawiaturę zewnętrzną, bo laptopowa nie działa poprawnie (szejm on mi!). Przeglądam modele, kminię ceny. Przy okazji ożywa mi w głowie odłożony na później temat czytnika książek (zajmuje się nim pewnie ta sama komórka mózgowa).
Kochany wrócił nad ranem, za to dzisiaj miał wolne i po pracy mogłam mu wpaść w ramiona, co też skrupulatnie uczyniłam. Poszliśmy do Il Forno na makaron, potem szwendaliśmy się po mieście. Doszliśmy aż do Scotch Hall (kładka na rzece nadal w remoncie, nic nie szkodzi, dzięki temu zajrzałam przez okno do knajpki powstałej na miejsce zamkniętej Canale), małżonek sprawdzał ceny butów, ja poszłam do księgarni zanurzyć się w zapachu farby drukarskiej. Zakupów brak (poza dwiema zgrzewkami sanpellegrino z Dunnesa odwiedzonego po drodze do parkingu). Jeszcze mi sie roiło, że wróciwszy do domu pójdę na plażę, ale po wstępnym przywitaniu się z kuchnią odcięło mi w mózgu prąd. Kochany też nie miał melodii do dalszej włóczęgi i spędził wieczór rozmawiając przez telefon z Robem, starym kumplem i zacnym, z którym nadganiał życiowe aktualizacje.
Już mi się mężowski wyjazd do Polski zaczyna nie podobać, nie będzie go trzy tygodnie, a myślałam, że dwa. Buuu! Niecałe trzy tygodnie, podkreśla Fred, gdy czytam mu tę notkę (coby mi małżonek pomysł na jej tytuł podrzucił, gdyż komórka od wymyślania tytułów już śpi). Zaraz, zaraz, zaraz, niech no to ładnie ubiorę.