Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuzynostwo. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kuzynostwo. Pokaż wszystkie posty

poniedziałek, 6 października 2025

2120. Przemieszczenie.

Pospałabym dłużej, ale zerknięcie po piątej rano na FB i natknięcie się na informację, że siostra Brauna opowiedziała o bracie, rozbudziły mnie na dobre. W zasadzie nie chodzi o sam wywiad, na ten nie kliknęłam, ale przeczytałam kilka komentarzy, stupid me, i oblepiła mnie maź wydzielana przez niezadowolonych frajerów, które całe życie dokonywali kiepskich wyborów i teraz ktoś musi za to odpowiedzieć, ktoś inny, bo przecie to oni są ci dobrzy, wrażliwi, a świat zły i nie działa jak należy. Normalnie nie reaguję, ale byłam zaspana i nieprzygotowana. Sakreble! Czyli wstałam zrobić sobie senczę poranną przed szóstą, akurat gdy mama przygotowywała się do pracy. Nie ma tego złego, mogłam porozmawiać z mamą w na wpół obudzonej kuchni.

Od wpół do dziesiątej jesteśmy już w drodze z deszczowego Dolnego Śląska zygzakiem na wschód. Gdzieś na S8 zorientowałam się, że zostawiłam w domu kapelusz. Szkoda.

W Łodzi gościliśmy ostatnio sześć lat temu, w czasie podróży poślubnej, niezobowiązująco, u dziewczyn z teatru. W międzyczasie Kamienica zmieniła adres, trochę było rozglądania się i parkowania w krzakach (miasto zaprezentowało się nam w stanie buro-ruinalnym), ale odnaleźliśmy się i miło spędziliśmy kilka godzin przy herbacie/kawie i ciastku. Oczywiście, rozmowy były głównie o projektach, ale tak to jest z naszą znajomą i czasem myślę, że właśnie tak warto żyć. Poznałam sympatyczną Zuzę z jednym okiem.

O trzeciej byliśmy umówieni z kuzynem Freda. Deszcz. Rodzinka Kuzyna z Miasta Łodzi, żona i córka, bardzo gościnna. Nie sprawdziły się nasze przewidywania, siedzieliśmy dobre cztery godziny, zjedliśmy obiad, wymieniliśmy się aktualizacjami stanu rodzinnego, powstało pamiątkowe zdjęcie, czyli ogólnie było miło.

Reszta drogi do świekry wiodła w ciemności. Zanim wjechaliśmy pod warszawski tunel, deszcz koszmarnie pogarszał widoczność, mokry pył rozbryzgiwał się na wszystkie strony, Fred prowadził maksymalnie skoncentrowany. Przełom pogodowy nastąpił na Wiśle, przestało bździć, po minięciu Wawy, zatrzymaliśmy się na MOPie Pilawa, żeby Kochany mógł się nieco zresetować. W Nowej Aleksandrii pojawiliśmy się dobrze po dziesiątej.

Herbaty, późna kolacja; nakarmiona i umyta zalegam w dawnym Fredowym pokoju chwilę przed północą.

poniedziałek, 31 marca 2025

1931. Z pamiętniczka opatulonej starowinki.

Rozpoczęłam dzień od siedzenia w Kuchniosalonie w … czapce. Już wczora z wieczora zaczęła mnie pobolewać głowa informując o chęci zapalenia zatok. Ach. Opatulona wyszłam na przystanek, a w mieście oczywiście zaszłam do Czarnej. Pani Stempelek 3 zapytała, czy dwie kawy. Poinformowałam ją, że mąż już w pracy (była przecież 8:30, u Freda zaś nowe zwyczaje: niektóre szychty mąż będzie zaczynał o szóstej, tak jak dzisiaj). Nie spieszyło mi się. Miało mi się spieszyć, ale zmieniłam plany. I dobrze zrobiłam, wprowadziłam w ten sposób spokój i ład. Saren znowu sama po weekendzie, rozmawiałyśmy chwilę, potem do roboty; czatowanie z młodzieżą minęło nie wiadomo kiedy. Czapa na łeb i wychodzę. Właśnie byłam na schodach, gdy zadzwonił Kochany z propozycją, że może mnie podwieźć w czasie swojej przerwy w pracy (czy ja wygrałam męża na loterii?); po kwadransie wjeżdżał na parking obok polskiego sklepu, a po kilku następnych minutach zostawiliśmy Babcię na kolejnym parkingu, Kochany do pracy na dodatkowe dwie godziny, ja na chwilę do Lidla, po sos na dzisiejszy obiad, potem do Costy na przegryzkę i zieloną herbatę. O trzeciej spotykamy się ponownie, i razem myk do domu.

Dzień był raczej bury, ale dość ciepły, więc pogoda nie pogłębiła mojego zagilenia. Kochany zaraz zajął się dokarmianiem ptaków, a potem zajrzał do Anne z darami, ostatkami puszeczek Rysiowych. Zaczęłam robić sos do makaronu, najpierw w towarzystwie Slayera, potem The Cure (ich ostatnia płyta będzie moją płytą roku'25, teraz już mam pewność), gdy się okazało, że Kochany wrócił w towarzystwie tego małego paddy'ego (który pokazał mi język):

Dobrze. Somsiod dostał cały zestaw wołowinki. Na deser pogłaskałam go po brudnym łebku. Wzruszyła mnie ta wizyta. Za każdym razem przy tak długim niewidzeniu się, zaczynam się zastanawiać czy jeszcze żyjemy, czy się nam zmarło. Jak zwykle bardzo ostrożny, zaglądał na prawo i lewo, czy ruda pantera nie wyskoczy na niego z pazurem zza domu. Nie wyskoczyła. Mówiłam mu już kiedyś, że pantera nie żyje, ale mały paddy mi nie wierzy.

Wczoraj późnym wieczorem zaczęłam czytać … Filonka Bezogonka. Zamierzam zabrać książkę z powrotem do domu, więc czas najwyższy. Oczywiście, też wzrusz. Starzeję się, jak nic; dzisiaj będzie kontynuacja.

Plany na jutro mniej więcej rozpisane; słucham jednym uchem rozmowy Freda z Mrzygłodem (wynoszę się do sypialni, klikam przy otwartym oknie, ptaki jeszcze gwarzą).

wtorek, 24 grudnia 2024

1834. Wilija'24.

Kaszlałam i kaszlałam; wstałam wcześnie i chętnie. Najpierw zrobiłam sałatkę warzywną pod okiem inspektora sałatkowego (w tle kolejne audycje w Radiu 2, jedne ciekawe, inne mniej, ale np. już wiem, że nie mam ochoty na biografię Bonieckiego, książka spadła z listy robiąc miejsce dla innych). Inspektor sałatkowy:

Kochany zawinął piętnaście śledzi w różowym sosie, ja zawinęłam siedemnaście grubych krokietów. O pierwszej krokiety były gotowe, a w wielkim garze pyrliły się pyry 🥔 do wody ze śledzia. Choinki brak, podobnie jak w zeszłym roku, zresztą było nawet skromniej, bez stroika (szukałam jakiegoś na piętrze u babci Mani, zamiast tego zainteresowały mnie filiżanki, które kiedyś kupowałam, zrobię nowy research, gdy będę miała czas), w oknie wiszą nasze bombki okolicznościowe (cztery, jedna bombka była dla babci i widnieje na niej imię "Marysia") oraz światełka. Nie było siły na takie drobnostki, mama bardzo zasmarkana, Fred nadal słaby, tatko na razie opiera się zarazie ;). 

Rozalka już zupełnie się ze mną oswoiła, przychodziła po głaski i miaukała po rozalkowemu; wszyscy inni włochaci domownicy proszą o wypuszczenie na zasmarkany świat i wpuszczenie do środka, okazują zainteresowanie kuchnią, ale nie są namolni.

Dopiero o czwartej zaczęłyśmy z mamą smażyć filety karpia. W tym czasie do Freda zadzwonił Kuzyn z Miasta Łodzi. Uśmiechnął nas ten kontakt, kuzyn był zatroskany o nasz powrót do macierzy, coś tam mu Fred grzecznie odpowiadał. Kolacja odprawiła się po piątej. Kochanemu Gwiazdor przyniósł (poza szelkami) perfumy The One Dolce&Gabbany, rodzicom różne dobra (tacie m.in. fikuśny płaszcz w kratę, mamie wełniano-jedwabny sweterek-narzutkę), u mnie taki stosik:

W czasie kolacji Kochany zadzwonił do mamy, świekra była wyłącznie w towarzystwie Stu i Usz, rozmawialiśmy krótko (szwagrostwo nie wyglądało na bardzo podekscytowane). Menu: uszka (kupne) w barszczu (kupnym), kapusta z fasolą i karp. Wszystko inne zostawiliśmy sobie na jutro, łącznie z ciastem. Z wiadomości, które dostałam na messengerze, najsympatyczniejsza jest od Marksistki: żadnego tekstu, tylko nocne zdjęcie z okna jej nowego mieszkanka, widok na zabytkowe dachy Waldenburga przyprószone śniegiem. 

Gdy już zerkaliśmy na Drużynę pierścienia, Kochany przekręcił do Wu (u szwagra akurat samotnie i niefajnie). Otwarłam podchoinkowe pierniki z nadzieniem; mama drzemie, zwierzęta jeszcze pewnie będą wychodziły na podwórko, nad oknem czerwone światełka, na parapecie dwa stosy książek.

sobota, 26 sierpnia 2023

1349. Drobne rzeczy ...

... domowe (porządki, prasowanie), pisanie. A skoro prasowanie, to wiadomo, odmóżdżacz: padło na Wyspę złoczyńców (1965) z Machulskim, czyli pierwszą filmową odsłonę Pana Samochodzika. I już standardowo: dynamika męsko-damska okropna, dialogi nie do zniesienia. Za to w tle Kazimierz Dolny, Janowiec, Wisła. Będę tam. 

Jeszcze w nocy-o-północy zaskoczył mnie na MyHeritage krótki list. Napisał do mnie z Francji wnuk przyrodniego brata prababci Marianny. Okazuje się, że córka drugiego brata prababci, Alina, nadal żyje i mieszka w Dijon.

Kochany tymczasem w Polsce występuje w roli oprowadzacza. Wczoraj przyjechał Kuzyn Z Miasta Łodzi z żoną, dzisiaj Wu w swoim kabriolecie. Fred był z nimi na zamku, jadł sernik, chodził po Lubomierzu. Mówi, że nadal pachnie pastą do siedzeń z kabrioletu brata.

niedziela, 16 lipca 2023

1308. Do przodu.

Wykorzystaliśmy okno pogodowe na długą łazęgę nad morzem (minęliśmy jaskółcze osiedle i doszliśmy do pierwszych domków letniskowych, żeby posiedzieć na falochronie; deszcz padał gdzieś przed nami i zapewne gdzieś za nami).



Pochówek kraba, wersja irlandzka

Po powrocie do domu Kochany pojechał zrobić zakupy, przywiózł mi bukiet białych róż z goździkami i prezent w postaci fikuśnej bluzki w kolorze kawy z mlekiem (Wrap London). Potem telefony. Fred rozmawiał z Kuzynem Z Miasta Łodzi oraz ze Stu (zmiany życiowe, zdrowie). Odezwała się Usz (zrelaksowana po urlopie), ja wykręciłam do mamy (zrelaksowanej na urlopie), żeby wyprostować parę genealogicznych zakrętów (Witek czy Wicek?). Ryszard nie jadł przez cały dzień, dopiero teraz zaczął wylizywać nowy sos z tauryną. Weekend za weekendem zmierzamy w kierunku wyjazdu.

poniedziałek, 20 lutego 2023

1161-1162. Do przodu.

Niedziela.
Jestem na etapie w którym myślę, czego to ja nie zrobię, gdy będę uwolniona od obowiązku pisania i myślenia o pracy. Nie, że wczoraj pisałam, ale myślałam dużo, a to mi szkodzi. Chcę kupić książkę Joan Dion The Year of Magical Thinking i już mnie męczy, że jeśli ją kupię, to i tak długo nie będę mogła jej przeczytać. Well ... dzień był przyjemny, ale wyszłam na zewnątrz tylko raz na dłużej, kilkadziesiąt minut przestępując z nogi na nogę w moich glanach do rozbijania (są czaderskie!), gdy Fred zrobił sobie przerwę w pracy ogrodowej i pociskał ploty z sąsiadką z naprzeciwka. Teraz wiemy, że siostra Katlin zaczęła chemię. I jeszcze mąż dostał pochwałę, że ma dobry gust (w temacie butów, i w ogóle). Obejrzeliśmy z Kochanym Siedem (1995) Finchera. Kurcze, 27 lat poślizgu, nawet kupiłam w tamtych zamierzchłych czasach numer Filmu z Bradu Pitu na okładce, ale do dzisiaj kreminału nie widziałam w całości. Momentami dobry, momentami Gwyneth.

Poniedziałek.
Wczoraj w Dublinie był marsz poparcia dla migrantów, wiem, bo Gronja wzięła udział. Yh, trza mieć przynajmniej publiczną tv. Tymczasem komunikacja małżeńska, obiadowo-miłosna:

Po powrocie znajduję kota w betach, ciepłego i zaspanego. Rozmawiam z mamą, czy ten alarm RCB na całą Polskę to tak poważnie (poważnie). Po obiedzie (cycki, ryż) trochę zagadywałam ludzi, ale bez spinki. Rzeczywistość odwdzięczyła się mi krótkimi, acz przyjemnymi rozmowami z Czarną (o której byłam pewna, że zrobiła magisterkę, a jednak nie), oraz z Kuzynką Renią (wydała się mi przez te wszystkie dzielące nas atomy całkiem przyjazna i skora do pomocy). Ach, wieczorem 19.3 Midsomer (2017), trochę kosmetyki tekstu, a późno w nocy niespodziewana rozmowa z Celtem. Zadzwonił, odebrałam, kot ziewający został pokazany 

(Fred wrócił do domu. Cudnie. Można iść spać)

sobota, 8 października 2022

1027. Idziemy dalej.

Noc była całkiem okej, wstałam tylko raz, żeby zaaplikować sobie gripex (przy okazji włączając światło w kuchni potrąciłam stojak z nożami, które spadły i postawiły na nogi cały dom). Wojciech spał ze mną ciężki jak worek kartofli, gdy trącałam go nogą budził się i zaczynał mruczeć. À propos worków kartofli, z rana była dostawa, rodzice kupili 2 ½ metra. 
___
edit 19:02 Ach, nic mi się nie chce. Większość dnia gapiłam się w telewizor (właśnie dokończyłam Columbo), więc nie bardzo jest o czym pisać. Kuzyn na swoim moturze pojawił się nagle w środku dnia (ładnie tu, mówi, i wogle ... dziwne, bo kiedyś mało komu się podobało). Pozostał z tatą na zewnątrz i nie doszło między nami do wymiany grzeczności. Maksiu właśnie wrócił ze spaceru, tatko triumfalnie oświadczył, że zdrowa kupa została przez psa zrobiona. Może były inne wydarzenia, ale mi się zresetowały. Dobrej nocy.
___
edit 21:20 Rozmowa z Kochanym poprawiła mi humor. Gorączkę mam ponad 38, wzięłam tabletkę oraz ciastko i teraz już naprawdę próba snu.

wtorek, 4 października 2022

1023. Kolejny raz wokół słońca.

Lipa zrzuciła mnóstwo liści, w poszyciu zajączki wystawiają łby (grzyby takie, xerocomus subtomentosus), ptaki wędrują.

Babcia Mania większość dnia leży. Nie widzi już wcale, w jej pokoju jest włączone radio dla towarzystwa. Mówi całkiem do rzeczy, tylko jest bardzo słaba.

Na drugą byłam umówiona do fryzjera, zrobiłam sobie na głowie shaggy'ego. Potem szłam przez miasto. Dziwne uczucie czuć się turystą w miejscu w którym spędziło się kawał życia. Dziwne, ale też miłe, oniryczne. Od czasu do czasu zarzucałam szalik na szyję, choć dzień był jako tako ciepły i słoneczny.

Rodzice opowiedzieli o wizycie kuzyna Grega i cioci Ksty sprzed jakiegoś tygodnia. Chyba ścigają ich (albo raczej jego) problemy finansowe, mieszkanie które kupili zaledwie kilka lat temu zostało wystawione na sprzedaż. Jaki był cel wizyty, trudno powiedzieć, przyjmijmy optymistycznie, że to próba podtrzymania rodzinnych więzi.

Ach, i tort był, zjedliśmy go wieczorem pomiędzy odcinkami Columbo z trzeciego sezonu (4 i 5, starsze ode mnie). Była rozmowa z Kaś Matką Kotom, życzeniowo-aktualizująca. 

Działo się nie za wiele, szybko kładę się spać (jak na mnie). Dzisiaj się urodziłam, trzeba odpocząć.

środa, 17 listopada 2021

701. Zamięszanie.

Poranek rozjaśniła nam wiadomość, że kuzyn Freda dostał wyrok za pikietowanie z wymachiwaniem zdjęciami uszkodzonych płodów. Wyrok nie jest prawomocny, ale przybiliśmy piątkę. Brawo wrocławski sąd!

W pracy powtórka z rozrywki, pogadałam sobie z Conorem od matmy, trochę z Beth i polazłam do Lidla, Kochany mnie stamtąd zwinął już podekscytowany wizją podróży. 

Krótko przed wyjazdem małżonka na dworzec zawitała do nas rachmistrzyni z An Príomh-Oifig Staidrimh (wywiad trwał z 10 minut). Tymczasem stylówa na podróż:

Kaitlin czerwonym żuczkiem życzliwie przemieściła mi Freda ze wsi do miasta i w taki to sposób pusto się zrobiło w naszym domu. Wieczór wypełniło mi robienie gulaszu. Dzielna jestem bardzo, bo o ile lubię jeść surową cebulę, źle znoszę jej smażenie, a trzeba było obrać, pokroić i podszklić cebul pięć. Przeżyłam, zrobiłam ujowy gulasz i obejrzałam pierwszy odcinek nowego sezonu 1000-lb Sisters, byle jakoś zeszło do lądowania samolotu w Polsce. Obok mnie w łóżku Ryszard, wcześniej trochę pochodził w świetle księżyca i zjadł dwie dokładki kolacji na smutki. Nastawia teraz uszy, rozważa niejasną sytuację.

sobota, 2 października 2021

655. People people.

Obudziłam się po wyjeździe Freda do Północnej i z dwie godziny zajęło mi ponowne zaśnięcie. Po śniadaniu (w czasie którego trochę pogadałam z Kamą i dowiedziałam się, że wygrała proces, ale niestety kasy za wózek raczej nie odzyska) uskuteczniłam swój plan wspierania lokalnej kawiarni:

Siedząc przed plażą zadzwoniłam do mamy i tu spotkała mnie niespodzianka: trafiłam na wizytę Magdy, która właśnie żegnała się z moimi rodzicami. Nie pamiętam, kiedy była u nas po raz ostatni w czasie, gdy tam mieszkałam. Zadziwiające wydarzenie.  

Jeszcze stojąc w kolejce po flat white zaczepiłam small talkiem jedną kobietę bez maseczki, i od słowa do słowa poznałam Niamh. Jest drugą osobą, która w tym tygodniu mi oświadczyła, że wyglądam na Francuzkę (nie wiem, co to znaczy, wątpię, że Irlandczycy znają dużo Francuzów). Trochę się przeszłyśmy i pożegnałyśmy się przy domkach, nowa znajoma mieszka w kierunku Termon i często robi rundki po plaży, więc pewnie jeszcze ją spotkam (inna sprawa, czy poznam, z moim upośledzeniem rozpoznawania twarzy).

Po spacerze szybka lektura Chryzostoma Bulwiecia podróży do Ciemnogrodu (Warstwy, 2019). Mamy ten tekst także w antologii, ale bez tak uroczych ilustracji. Fred wrócił do domu po czternastej. Siedzimy i gadamy. Po obiedzie zapukała do nas Anna, nie została na herbacie, ale posiedziała chwilę, żeby nam opowiedzieć, że zmarł jeden z jej braci (ten, z którym od dwóch tygodni było krucho, bo miał już wszędzie przerzuty). To miłe, że pamiętała o mojej propozycji wpadania do nas, kiedy jej smutno. 

Kochany znowu wcześnie poszedł spać w związku z jutrzejszym, bardzo porannym zleceniem, a ja trochę podczytałam Erystykę Schopenhauera i przerzuciłam się na odcinek Midsomer Murders (zamykający ósmy sezon). Jeszcze ślęczę przed ekranem, w zasadzie bez celu, Fred śpi, słyszę jego oddech.

piątek, 9 października 2020

297. Dzień, w którym nic się nie dzieje, więc poświęcę mu trochę czasu.

Wpis zaczynam od uwiecznienia prezentu od Aś (wczoraj wieczorem byłam tak zlasowana, że nie miałam siły gmyrnąć przy pamięci aparatu). Nasi przyjaciele i znajomi trafiają w nasz gust i potrzeby :D

Poranek zaś był taki, że otrzeźwił mnie Patryk Jaki przemawiający w PE na facebookowym feedzie mojego kuzyna Grega (Jaki przepraszają za Patryka, a ja rymuję, wiem). Przypominam sobie, jak tatko szukał Gregowi miejsca w zawodówce, bo technikum okazało się dla niego w trakcie roku szkolnego zbyt dużym wyzwaniem. Cóż, tak się wykuwała nowa elita, która teraz ma w końcu szansę zaistnieć. Pora wstać. Ponieważ od zeszłego piątku ekspres niedomaga, tym razem nie robiłam Fredowi kawy, ale czekałam, aż się obudzi, fizycznie i mentalnie, żebyśmy mogli pójść na spacer wspólnie, bo słoneczko zachęcało do aktywności. W tej sprawie nasze tempa się rozchodzą, ja zwykłam znajdować radość w spacerze przedpołudniowym, Fred o tej porze ma rozruch. Ostatecznie wyszliśmy po pierwszej. Była fatamorgana ...


... był pies, który radośnie przypędził do nas jak wicher nie zważając na okrzyki opiekuna, i równie szybko do niego powrócił, bo jest good boy, z tego powodu zdążyłam mu zrobić tylko zdjęcie ogona ...


... i gęstniejące chmury ...


... które zlały nas dokumentnie w drodze powrotnej ...


... ale oboje w goretexach wróciliśmy do domu z uśmiechami na twarzach. Od razu wyskoczyłam z mokrych spodni i zabrałam się za pichcenie rosołu, chłód jednak pozostał we mnie na dłużej. Ponieważ jestem wyziębiona, Fred pojechał do Ka&Jot sam (z komputerem, żeby pokazać im nasze zdjęcia ślubne). A ja się dogrzewam i planuję obejrzeć ostatni odcinek The Adventures of Sherlock Holmes (1984-86). Ach, i takie zdjęcie zrobiłam zanim zapadł zmrok:


- Mamo! One się ze mnie śmieją!

Szpaki się doigrały, najwyraźniej. Jesteśmy przekonani, że te śliczne ptaki wystawiają czujki pod naszym adresem — wystarczy, że cokolwiek jadalnego wystawię na miseczce przed dom, a nie zdążę zamknąć drzwi, jak chmara darmozjadów opada na trawnik. Mają chyba zestaw krótkich sygnałów, wyraźnie dzisiaj widziałam jednego szpaka na kalenicy domu sąsiadki, który patrząc mi prosto w twarz zrobił znak skrzydłami i wydał z siebie krótki gwizd. Rzut oka do tyłu, i widzę jak już lecą ... Sami ich tego nauczyliśmy, to teraz mamy :). Rysio wieczorem wdrapał się na sąsiadujący dom i łapką mieszał pod dachem, gdzie nasi skrzydlaci sąsiedzi chętnie nocują. To musiało być coś osobistego.

Z rzeczy smucących: w najbliższym czasie ze względu na pandemię raczej nie będzie kolacji we czworo, nas i Anne z mężem. Po drugie, od jakiegoś czasu Katlin niedomaga, diagnoza odkłada się w czasie. Po trzecie, teść wyraźnie głuchnie.