Pierwszy raz użyłam krokomierza w drodze nad morze i zostałam poinformowana, że machnęłam 6 tys. kroków. Bardzo miło, na plaży pustki, słonecznie, wróciłam chłodna, ale spacer bez porywów wiatru zazwyczaj odbieram jako komfortowy. Wróciłam na herbatkę z lukrecją, do męża, który skończył pić kawę i nastawił dla nas lasagne do spożycia przed wyjazdem po chleb. Odnowienie licencji programu antywirusowego okazało się proste, wystarczyło wpisać kod gdzie trzeba, zajęło mi to akurat tyle czasu, co parzenie herbaty. Przed wyjazdem z domu Maleńczuk gra Młynarskiego (2017) — płyta wydana już w czasach dobrjnej zmiany, z historycznymi tekstami, a mój borze, jak to brzmi aktualnie.
Zajechaliśmy do Lidla, potem do parku w Oldbridge, gdzie byliśmy świadkami generalskiego polowania ... razem z jedną wroną wrzeszczącą za myśliwym, który uciekał z rudzikiem w pysku. Szkoda ptaszka, kot i tak porzucił go na ścieżce i zajął się innymi sprawami. Może się obawiał wroniej klątwy. Zrobiliśmy kółeczko po walled garden, ja z kubkiem kawy w jednej dłoni i trzymając się chłopakomęża drugą kończyną górną. Wychodząc rzuciłam oskarżycielskie spojrzenie kotu, który zbył mnie po kociemu.
Po powrocie rozgrzaliśmy się herbatami słuchając folku. Dwa spacery nastawiły mnie optymistycznie — dobrze, że mąż ze mną chodzi, jakoś zleci ten listopad.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.