Obudziłam się, gdy zaczęła mi przeszkadzać cisza w kuchni. 7:40, Fred dziesięć minut wcześniej wyjechał złapać autobus w Drołdzie. Do porannej kawy obejrzałam Murder at the Vicarage (1986), przeznaczając resztę dnia na bardziej intelektualne rozrywki i walcząc z pragnieniem zastartowania kolejnego odcinka tego umilacza. Spacer? Nie. Nieufnie zerkałam w kierunku brzydkich chmur nad lądem, które, jak się później okazało, słusznie oceniłam negatywnie. Z Joyce'a przeczytałam Two Gallants, The Boarding House i A Little Cloud — nie spieszę się, dodatkowo wnikliwe przypisy okazują się równie interesującą lekturą.
W ciągu dnia odebrałam telefon od Ka, który w czasie swojego wolnego usiłował dodzwonić się do Freda. Przy okazji rozmawiamy przez chwilę o tym, co to za heca z nagłówkami w anglojęzycznych mediach o polsko-węgierskim wecie. Ka pyta mnie, co się dzieje w Polsce. I co ja mam mu powiedzieć? Rozmawiałam też z mamą, tu nie ma zaskoczenia, znowu o kredensach. Kolejny, który ją interesował, ktoś sprzątnął jej sprzed nosa. Mama w przeciwieństwie do Ka doskonale wie, co się dzieje i jest mocno przywiązana do myśli któregoś dnia to wszystko pierdolnie. Pamiętam kilka takich sytuacji, gdy przepowiednie mojej mamy się sprawdzały.
Zarejestrowałam się na stronie Deutsch für dich i od razu trafiłam na lekcję na temat niedyskryminujących zwrotów w języku niemieckim. Minuta i rozumiem ideę Gendersternchen.
Małżonek wrócił do domu około dziewiątej wieczór, podgrzałam mu pierogi ruskie, Fred spożywa, nucimy i komentujemy piosenki Bukartyka z płyty O zgubnym wpływie wyższych uczuć (2017). Myślę o tobie, kiedy to robię ...
Żeby się obudzić o 7:40 potrzebuję nastawionego budzika :)
OdpowiedzUsuńU nas za budzik robi kot ;)
Usuń