Strony

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Generał. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Generał. Pokaż wszystkie posty

sobota, 15 lipca 2023

1307. Inaczej zwiariuję.

Wpis z dnia wczorajszego opublikowałam dopiero dzisiaj rano (przed północą byłam zbyt zmęczona, żeby zajmować się sortowaniem wydarzeń).

Jakiś czas po południu Fred oświadczył, że musi coś zrobić, bo inaczej zwariuje. Więc zrobił nam obojgu po zupie z Lidla, następnie wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy gdziekolwiek. Gdziekolwiek było w okolicach Drołdy. Najpierw chodziliśmy po znajomym parku zanurzonym w szarej pogodzie. 




Spotkaliśmy na swojej drodze kilka par, pod jabłoniami leżały pierwsza opadłe jabłka, Generał nie zwracał na nas uwagi, tak był zajęty popołudniową toaletą.

Byliśmy też na kawie u Aury, w TK Maxxie (Fred kupił bluzkę dla mojej mamy) i w Tesco (teoretycznie po kocie żarcie, ale dvd z filmem 1917 też się jakoś znalazło w torbie). Po powrocie do domu było picie herbat oraz telefon do Krakusów z okazji urodzinowej (przyjaciele mieli "rodos" na balkonie wieżowca; ich Młodsza Latorośl ponownie złamała rękę niedawno złamaną). Wertuję statystykę od przodu do tyłu, od czasu do czasu wertuję też dokumenty z okolic Tarnogrodu (mądrala by powiedział, że robię kwerendę), jem obiad zrobiony przez Freda, przytulam Freda, piję herbatę z cytryną. Czekam na godzinę 22:18, żeby potwierdzić, że o tej porze włącza się tuner, zupełnie nieproszony (zauważyłam to jakiś czas temu, problemu na razie nie rozwiązałam; jutro wyłączę laptopa przed godziną 0 i zobaczę, czy o tej samej porze tuner nadal odpala; na razie nie mam innego pomysłu, bo też i za dużo o tym nie myślałam). 

sobota, 21 stycznia 2023

1132. Leniuszkowata sobota.

I wcale bym nie wstała przed wschodem słońca, gdyby mi Ryszard nie wydeptywał żołądka w sprawie śniadania. A kuchnia przywitała mnie wiadomością, że w kranie nie ma wody. Najpierw doczytałam na stronie, że prace nad naprawą pękniętej rury trwają do szóstej rano, ale po założeniu okularów się okazało, że do szóstej po południu. Argghhh! Mogłam nam pomóc tylko dobrym śniadaniem (dla mnie połowa wczorajszego obiadu, dla Freda ser wędzony z warzywami i kolendrą). Oprócz braku wody mieliśmy od wczoraj zatkany odpływ przy zlewie kuchennym. Na te dwa nieszczęścia dobre jest wyjście z domu, więc pomimo szarej pogody wyjechaliśmy do miasta. Najpierw poszliśmy na kawę do ulubionej naszej Costy, potem szwendaliśmy się po parku handlowym, żeby w TK Maxxie znaleźć prezent dla Katlin (✓), a dla mnie nowy kubek na szczoteczkę do zębów (✓). Po szybkich zakupach spożywczo-chemicznych (kret do odblokowania rur), skręciliśmy na pole bitwy. Spotkanie z Generałem było nieuchronne:


I takie tam dwa kółka spacerowe zostały zrobione:



Po drodze była rozmowa z Usz-solenizantką. A tu jeszcze raz Generał:


Wiem, że koty są dwa (drugiego spotkaliśmy wychodząc z ogrodu), ale ich imion nadal nie pamiętam, więc pozostanie szarża.

Okazało się po powrocie, że jeden problem techniczny został rozwiązany. Na drugi problem został napuszczony kret. Wieczorem byliśmy umówieni z Ka na herbatę. W ogóle przebieg soboty mógł być inny, bo jeszcze dwa dni temu Aś sugerowała, że może razem (my, Ka) weźmiemy udział w jej procesie decyzyjnym dotyczącym kupna nowego samochodu. Z zamiarów została wizyta wieczorna u Ka&Jot. Najpierw jednak Fred miał dłuższą rozmowę ze Stu do której dołączyli się obydwaj bratankowie (dzieciaki podobnie jak tata i wujek próbowali swoich sił w pozdrawianiu rymem, był wątek rekinowy w wykonaniu bratanka młodszego, BM). Szwagier opowiadał o swoich osiągach pływackich (bardzo mu kibicujemy) i stanie Wolski. Po skończonej rozmowie ze Stu, zadzwoniłam do mamy (w Polsce śnieg i 50 wróbli na tarasie). Prezent został wręczony Katlin. W końcu dotarliśmy do Ka&Jot na herbatę i sałatkę jarzynową. Pogadaliśmy o rzeczywistości (przede wszystkim o trudnej pracy i Ka i różnych dziwnie podejmowanych decyzjach emigracyjnych) i po dziesiątej byliśmy z powrotem. Sporo jak na sobotę bez wydarzeń. 

piątek, 29 kwietnia 2022

864. Przedmajówka.

Niespodziewanie Lorejn zaproponowała mi na przyszły tydzień zamianę wtorku na środę (czyli cztery dni wolnego, jakbym mieszkała w Polsce). Dzisiaj kilka sympatycznych godzin i spotkanie pracownicze z okazji Go Purple Day: rozwiązywaliśmy quizy popijając herbaty, ciągnęliśmy losy jedząc cup cakesy (w grupie z Dejwem i Sziwan jako Fijołki zajęliśmy trzecie miejsce, na loterii wygrałam voucher na €10 w kawiarni za rogiem) i już po dwunastej dzwoniłam do Kochanego, żeby mnie zwinął z miasta. Krajobraz przykrywała cienka mgiełka, gdy wyruszyliśmy do Oldbridge na lekki lunch. W parku przekwitają rododendrony, jabłonie obsypują przechodniów płatkami. Wyszła dziwna sprawa z Generałem, bo szukaliśmy śladu kota w ogrodzie i znaleźliśmy — akurat spał, pod informacją, że koty są ... dwa, o imionach Bubble i Squeak. Nigdy nie widzieliśmy ich razem, możliwe jednak, że gdy wklejam zdjęcia Generała, raz to jest ten, a innym razem tamten:


Aż dziwne, że tak tu cicho, w jadłodajni zaledwie kilka osób, w ogrodzie odwiedzających można liczyć na palcach jednej ręki, może wszystkim już dusze szaleją na myśl o zaczynających się majówkach?



Po powrocie do domu i ogarnięciu się przy herbacie, oboje pogrzebaliśmy w ogródku. Posadziłam w końcu resztę lawend, vera wylądowała na rogu domu, essence purple przy hortensji. Kochany przesadził wrzosy w odpowiedniejsze miejsce, a po obiadku zmontował półki do skrzyni ogrodowej. Weekend będzie deszczowy, tako rzeką prognozy.

środa, 2 lutego 2022

Postscriptum #778.

Spacer w Oldbridge, i rażący przejaw rasizmu:

Po drodze miaukliwie zaczepił nas Generał, spacerował po murze idąc w tę samą stronę, więc początkowo sądziłam, że chce nam towarzyszyć, później ewidentnie było widać że jest w pracy.


Ogród jeszcze śpi, szklarni pilnują dinozaury, zeschnięte liście już został uprzątnięte, tylko patrzeć jak nowe kolory wyskoczą spod ziemi.



środa, 25 listopada 2020

Postscriptum #344.

 Słońce zachodzi nad Oldbridge.



Widzieliście to?!! Krzyczę do niego: człowieku, uważaj! Ale za późno. Może nie śpiewał tak ładnie jak my, wrony, ale dobry był z niego little paddy.  Jeszcze nie dalej jak godzinę temu o pogodzie rozmawialiśmy. Poor little chap. I po rudziku. Chamie jeden! Ptakożerco! A żeby ci w gardle stanął! Morderca! Morderca!!!


— No i proszę, przez to wronie gadanie straciłem apetyt ...


Cisza w ogrodzie. 



— To znowu wy? Bez oskarżycielskich spojrzeń. La la la la.


Księżyc wschodzi nad Drołdą.

344. Listopad plecień.

Pierwszy raz użyłam krokomierza w drodze nad morze i zostałam poinformowana, że machnęłam 6 tys. kroków. Bardzo miło, na plaży pustki, słonecznie, wróciłam chłodna, ale spacer bez porywów wiatru zazwyczaj odbieram jako komfortowy. Wróciłam na herbatkę z lukrecją, do męża, który skończył pić kawę i nastawił dla nas lasagne do spożycia przed wyjazdem po chleb. Odnowienie licencji programu antywirusowego okazało się proste, wystarczyło wpisać kod gdzie trzeba, zajęło mi to akurat tyle czasu, co parzenie herbaty. Przed wyjazdem z domu Maleńczuk gra Młynarskiego (2017) — płyta wydana już w czasach dobrjnej zmiany, z historycznymi tekstami, a mój borze, jak to brzmi aktualnie.

Zajechaliśmy do Lidla, potem do parku w Oldbridge, gdzie byliśmy świadkami generalskiego polowania ... razem z jedną wroną wrzeszczącą za myśliwym, który uciekał z rudzikiem w pysku. Szkoda ptaszka, kot i tak porzucił go na ścieżce i zajął się innymi sprawami. Może się obawiał wroniej klątwy. Zrobiliśmy kółeczko po walled garden, ja z kubkiem kawy w jednej dłoni i trzymając się chłopakomęża drugą kończyną górną. Wychodząc rzuciłam oskarżycielskie spojrzenie kotu, który zbył mnie po kociemu.

Po powrocie rozgrzaliśmy się herbatami słuchając folku. Dwa spacery nastawiły mnie optymistycznie — dobrze, że mąż ze mną chodzi, jakoś zleci ten listopad.

wtorek, 18 sierpnia 2020

245. Rozpędzanie ciężkich chmur.

Byliśmy w Drołdzie tu i tam, głównie na zakupach spożywczo-jakichśtam (z rzeczy innych niż jedzenie najfajniejszy zakup to pięć zeszytów w linie i pióro Parkera na naboje) i lunchu w Lemonade (dla mnie, Fred z żołądkiem zawiązanym na supeł zadowolił się kawą):

Pogoda z pochmurnego poranka rozwinęła się w popołudnie urody przecudnej, siedzieliśmy sobie na zewnątrz, a potem pojechaliśmy jeszcze do Oldbridge, na spacer pachnący jesienią: 


(gruszki i jabłka już grzeją się w słońcu, my i Generał razem z nimi)

(przydały się spodnie, których nogawki właśnie podszyłam)


(bardzo podoba mi się tutejszy walled garden, ze spadami owoców 
leżącymi w trawie)

Po powrocie do domu niebo ponownie zasnuwa się chmurami. Na deser wieczorem Nóż w wodzie (1962) Polańskiego. Zdjęcia fantastyczne, za to obraz elity w PRL-u wyjęty z dupy (nie pierwszy raz zresztą, w jakimś sensie odlot autoprezentacyjny). Oglądanie filmu na vod.pl, poprzecinanego reklamami, okazał się leciuchnym masochizmem, którego prędko nie powtórzę.

niedziela, 31 maja 2020

166. Dzień spacerów i śmierć Lali.

— Kocham Cię, nawet jak dziwnie gotujesz parówki.

Fred zadziwił mnie dzisiaj wyjątkowo wczesną kawą — po tym, jak kot obudził go z rana na rysiowe śniadanie, małżonek nie miał już ochoty wracać do łóżka. I tak udało się nam odbyć dwa spacery, bo ostatni dzień maja kontynuował pogodowe rozpieszczanie. Nad morzem mgliste powietrze odbijało promyki słońca na wszystkie strony, skutecznie mnie tym oślepiając.


Po powrocie z ponad godzinnego spaceru i szybkim obiedzie, podjechaliśmy do Drołdy, żeby pospacerować po polu bitwy. To tam doszła mnie przez facebooka wiadomość o śmierci Lali, jednej z Dziewczynek. Przypominam sobie filmik z jesieni 2010 roku:


I jej ostatnie zdjęcie, dużego psa o aksamitnym pyszczku:



Jako szczeniak była bardzo strachliwa, pamiętam, że bała się progów w drzwiach. Miała futerko miłe w dotyku jak pysk konia. Prawie wcale nie chorowała, jakiś tydzień temu dopadło ją coś w rodzaju wylewu, tatko miał jednak nadzieję, że przy dobrej opiece wyjdzie z tego, to nie byłby pierwszy pies, którego tata wyprowadził z paraliżu. Dzisiaj około południa nagle pojawił się kryzys, którego Lala nie przetrwała ...

Spacer naokoło parku przy Oldbridge House był nostalgiczny, skąpany w słonku:




Obeszliśmy pole bitwy dookoła (już na samym początku spaceru przy ścieżce napotkaliśmy przyglądającego się tłumom Generała, lokalnego kota), na chwilę weszliśmy do ogrodu za murem, kawiarnia była czynna w trybie awaryjnym, Fred kupił loda, ja zadowoliłam się flat white. Posiedzieliśmy jeszcze trochę na trawie pod wielkim domem. Wyjechaliśmy do kota przed siedemnastą. Gdy byłam już u siebie, zagadałam jeszcze raz do mamy. Smutno. 
— Tyle już tych psów pochowaliśmy.

A teraz jest mi zimno i z deka ponurasto. Boli mnie gardło. Idę rozgrzać się pod prysznicem.
___
edit 23:28 Prawie godzinna rozmowa zdalna z Kaś Matką Kotkom rozproszyła nieco mój kiepski nastrój. Jeśli na jesieni zdecydujemy się lecieć do Polski, możemy mieć cat sitterkę i to na całkiem poważnie. To wartościowa oferta, która miło grzeje mi serduszko :)

piątek, 3 stycznia 2020

Postscriptum #17.

Droga do Townley Hall.



Zimowy ogród przy Oldbridge House.