Wpis z dnia wczorajszego opublikowałam dopiero dzisiaj rano (przed północą byłam zbyt zmęczona, żeby zajmować się sortowaniem wydarzeń).
Jakiś czas po południu Fred oświadczył, że musi coś zrobić, bo inaczej zwariuje. Więc zrobił nam obojgu po zupie z Lidla, następnie wpakowaliśmy się do samochodu i pojechaliśmy gdziekolwiek. Gdziekolwiek było w okolicach Drołdy. Najpierw chodziliśmy po znajomym parku zanurzonym w szarej pogodzie.
Spotkaliśmy na swojej drodze kilka par, pod jabłoniami leżały pierwsza opadłe jabłka, Generał nie zwracał na nas uwagi, tak był zajęty popołudniową toaletą.
Byliśmy też na kawie u Aury, w TK Maxxie (Fred kupił bluzkę dla mojej mamy) i w Tesco (teoretycznie po kocie żarcie, ale dvd z filmem 1917 też się jakoś znalazło w torbie). Po powrocie do domu było picie herbat oraz telefon do Krakusów z okazji urodzinowej (przyjaciele mieli "rodos" na balkonie wieżowca; ich Młodsza Latorośl ponownie złamała rękę niedawno złamaną). Wertuję statystykę od przodu do tyłu, od czasu do czasu wertuję też dokumenty z okolic Tarnogrodu (mądrala by powiedział, że robię kwerendę), jem obiad zrobiony przez Freda, przytulam Freda, piję herbatę z cytryną. Czekam na godzinę 22:18, żeby potwierdzić, że o tej porze włącza się tuner, zupełnie nieproszony (zauważyłam to jakiś czas temu, problemu na razie nie rozwiązałam; jutro wyłączę laptopa przed godziną 0 i zobaczę, czy o tej samej porze tuner nadal odpala; na razie nie mam innego pomysłu, bo też i za dużo o tym nie myślałam).




































