Pada groszek, potem groch, gdy po południu rozmawiam z mamą pada zwyczajny śnieg. Ale dzieje się to z przerwami, w sumie nic takiego, szczególnie w porównaniu z zaspami za oknem rodzinnego domu, w które spacerujący Maksiu wpada po same pachy. Niemniej zima, roztopiony opad zamarza na ścieżce przed domem, gdy wracamy wieczorem :) Już widać, że dzień jest dłuższy, co bardzo nas oboje cieszy.
Fred dostał opis do badań kontrolnych sprzed kilku dni, zadzwonił do niego lekarz i opis brzmi: wszystko jest dobrze, następne spotkanie za rok. Po obiedzie w dobrych nastrojach pojechaliśmy do Lidla i polskiego sklepu, bo skończył się nam chleb (z rana zjadłam ostatki z guacamole). Dostałam od małżonka bukiet koralowych róż, a w polskim sklepie zaopatrzyliśmy się w cztery pączki z różą. Pod pączki film Konwickiego był przez nas oglądany, Jak daleko stąd, jak blisko (1971), z kotem siedzącym między nami, kotem gnieżdżącym się i nastawiającym pyszczek do miziania. Film prawie całkiem mi się podobał, niezła jazda, także muzycznie. Teraz degustuję dopiero co upichconą mężowską fasolkę po bretońsku, którą sobie u niego zamówiłam.
Protest czarnych plansz w polskich mediach notuję, nie odczuwam.
Fasolka, bardzo dobry wybór. Wczoraj obchodziliśmy Światowy Dzień Roślin Strączkowych :)
OdpowiedzUsuńNie sprawdzam. Ufam ;)
UsuńJak miło z tymi kwiatami :)
OdpowiedzUsuńTo prawda :)
Usuń