Po śniadaniu wyszliśmy "tylko na plażę" i, masz ci los, było tak ładnie, że odbyliśmy spacer po Głowie, na której jest prawdziwe królicze królestwo (nawet widziałam jednego takiego z pączkiem w miejscu ogona). W porcie kupiliśmy sobie po chowderze na "teraz" oraz płat hake'a (morszczuka) na później. Zupa rybna została zjedzona na ławeczkach z widokiem na góry Mourne. Oboje usiłowaliśmy (bez sukcesu) zrobić zdjęcie pewnej dużej rybie (lub małemu delfinowi), stworzeniu którego płetwa grzbietowa ukazywała się od czasu do czasu nad wodą w polu naszych zupowych krajobrazów. W drodze powrotnej spotkała nas Anne zmierzająca w kierunku morza. Dzięki niej wiem już, że kanciapa z rybami na plaży wiejskiej otwiera się po południu (później przesłała mi zdjęcie na dowód), tylko ja taki wczesny ptaszek.
Wróciliśmy do domu dopiero przed czwartą, i po herbacie wybraliśmy się na zakupy (już gdy siedziałałam w samochodzie zagadnęła mnie Anna, żeby powiedzieć, że jej nie widujemy, bo ... spadła z łóżka). W Woodisie kupiłam dwa zestawy cebulek narcyzów (odmiana Bridal Crown oraz żonkile Pipit semi-dwarf) i cztery prymulki w różnych kolorach, które będą wysadzone do doniczek, kiedyś, raczej nie jutro. Kot czekał na nas schowany pod samochodem Katlin, zjadł kolację i usiadł z nami w kuchni, widać dobrze mu się śpi, gdy słyszy nasze głosy (rozumiem to, też lubię drzemać słysząc w domu czyjąś obecność). Jestem przyjemnie zmęczona. Mąż mnie wyspacerował, obfotografował, bardzo go kocham.





Bardzo fajna wycieczka :D Super zdjęcia!
OdpowiedzUsuńPozdrawiam!
Dziękuję i pozdrawiam.
Usuń