Fred wrócił z pracy nad ranem i w zasadzie nie miał zrywać się o poranku. Pobudka była połączona z wizytą Ka, który po dziewiątej przyjechał coś sprawdzić w naszym samochodzie (po swojej własnej nocnej zmianie) i w efekcie posiedział trzy godziny na kawie i plotkach. W południe jest też poczta, a z nią kolejny case do telefonu, tym razem barani łeb do Fredowego appla.
Bestia ze Wschodu nie przybyła w pełnej glorii, ale pierwszy raz tej zimy wiatr niesamowicie wychłodził nam dom. To potrwa, bo lodowate podmuchy mają się kontynuować przez cały weekend. Przy obiedzie puściliśmy wolno wodze wyobraźni, zatrudniając w swojej willi służących o imieniu Andrzej i Agata, którzy rozpalaliby w kominku i przynosili świeże zioła z oranżerii. Fred przewidział także dochodzącego o imieniu Jarek, wahał się jednak z przyporządkowaniem mu funkcji (może rola pozoranta do szkolenia psów pilnujących posesji, może sortowacz w naszym prywatnym skupie szklanych butelek i aluminium). Miło gawędząc doszliśmy do wniosku, że jednak nie chcemy się nigdzie dziś wybierać, i małżonek wrócił w objęcia Morfeusza z których wcześniej tak brutalnie wyrwałam go obiadem.
Tatkę złapałam akurat, gdy wychodził z Maksiutkiem na wieczorny spacer, więc nie porozmawialiśmy długo. Mama leży podziębiona. Tata martwi się jak Niunia zniesie kilka dni rozłąki z rodziną.
Czytam Satin Island Toma McCarthy'ego (Vintage, 2016).
Od siedzenie w zimnej kuchni z gołą pupą i z mokrymi włosami boli mnie gardło.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.