Zwlokłam się z łóżka wcześniej niż kazał rozsądek, bo miałam zarezerwowane na dziewiątą półtorej godziny jogi z Alison via zoom. Przy piciu pierwszej herbaty zielonej kot przyniósł mi wróbla, jeszcze ciepłego (zaczęło się wczoraj od rudzika, ale dzisiaj to było już wręczenie prezentu w kuchni) — nie dałam Ryszardowi jeść, żeby nie wyrabiać w nim nawyku handlu wymiennego, więc kiedy rozłożyłam matę, kot przyszedł zgłosić się jeszcze raz po śniadanie i ugryzł mnie dwa razy w rękę. Trwałam w pozie, twarda, niewzruszona, jedzonko trzeba było wydębić od taty. Pączek wrócił do mnie po śniadaniu i zajął koc, który używam jako prop. Odbyliśmy tę sesję razem :)
May I be safe, may I be happy, may I be healthy, may I live a life of ease. Poranek z błogosławieństwem. Do wsi przyszła mgła, która zasłoniła słońce.
Po drugim śniadaniu i kawie rozpogodziło się, poszliśmy z Fredem nad morze (oczywiście wcześniej kocia pętelka). Mnóstwo ludzi, młodziaki w kostiumach kąpielowych wbiegały do wody, nad plażą słońce i zapach fish and chips, a mgła jak szary koc unosiła się nad wodą daleko na horyzoncie.
Wróciliśmy do domu bardzo leniwi, na wyluzowanych kolanach. Zamiast się napić herbaty, od razu przesadziłam kupione w piątek kwiatki z osłonek do doniczek. Skończyłam na czas, gdy zimna mgła właśnie powracała nad wieś (jakbym wyczuła jej intencje). Kochany zrobił dla nas obiad, potem pojechał do miasta po chleb. Mówi, że nie może się na niczym skupić i jest na siebie zły. Rozlazła żona zapewne w niczym mu nie pomaga. Nie mam planu na nowy tydzień, czuję się przez to zupełnie niezorganizowana, bez poczucia kontroli i, prawdę mówiąc, chcę się schować pod kołdrą.

Biedny wróbelek. I rudzik też.
OdpowiedzUsuń