Nad ranem kulimy się obok siebie w łóżeczku, przytulamy i popychamy, trącamy dupkami i ciągniemy kołdrę w różne strony. Poniedziałek skończyłam lekturą Halucynacji, byłam tak podekscytowana tematyką, że w ciemności nadal nawijałam o książce mężowi. Fred podzielił się przed snem wspomnieniem swojej własnej jazdy, gdy głodny, przepracowany jechał warszawskim tramwajem i zdało mu się, że pasażerowie śpiewają na głosy badziewną piosenkę Maanamu.
W temacie Bestii dość spokojnie, z rana warstwa śniegu na trawniku, niemrawy opad, ale zimno. Do sąsiadki z lewego krańca przyjechała lekarka zakutana jak mumia, zastanawialiśmy się oboje z Fredem czy to przypadkiem nie jest szczepienie domowe.
Dostałam kolejny telefon od radosnej Katriny. Doszły do niej papiery z gardy, jeśli nie wydarzy się nic dziwnego po drodze, zaczynam pracę za dwa tygodnie, od poniedziałku.
Wcześnie dziś zjedliśmy obiad (piersi kurczaka we włosko wyglądającej marynacie) i Fred już po trzeciej wyjechał do Swords. Zauważyłam, że gdy go nie ma w domu Rysiu uskutecznia świeżo nabytą umiejętność — otwiera najniższą szufladę w sypialni i wyciąga z niej męskie skarpetki zrolowane w pączki.
Po początkowym przymierzaniu się do wyboru odcinka przygód sprytnego Belga, skupiłam się na lekturze Sacksa (postanowiłam go dzisiaj konsekwentnie doczytać do końca). Pomiędzy rozdziałami Halucynacji rozmawiałam pół godziny z Luś, która ryje do egzaminu, i ma swoje negatywne przemyślenia o żonie Dżi. Luś leczy tarczycę, w końcu ją zdiagnozowano i wszystko idzie ku lepszemu. Lektura skończona. Fred właśnie zadzwonił, że zmierza w kierunku domu.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz
Bardzo proszę, nie komentuj jako anonim.
Miej na uwadze Czytaczu, że moderuję komentarze, tak więc wypowiedzi, które nie zostały podpisane nickiem zazwyczaj lądują w koszu bez zbędnych dyskusji. Pozdrawiam.