Noc była zimna, tymczasem dzień (po wyjeździe Freda do pracy i śniadaniu) zachęcił mnie do spaceru nad morze. Dawno już nie było tak pięknie.
Woda skrzyła się w słońcu, fiszendczipsiarnia już śmigała (przed południem!), na płyciźnie, dosłownie sto metrów od plaży dwa kutry na połowie, dalej w kierunku ujścia Boyne kolejne trzy, daleko na horyzoncie półwysep Howth unosił się w powietrzu. Wracałam alejką z domkami letniskowymi i przez parking dla przyczep. W jednym miejscu usłyszałam miły dźwięk rozkładania talerzy, w drugim wietrzyły się pokoje, w trzecim przez otwarte drzwi słychać było dźwięk irlandzkiego stacji radiowej.
Przez resztę dnia zbijałam bąki, a pod wieczór obejrzałam kolejną adaptację Emmy (1996), tym razem z Kate Beckinsale. Zaskakująco ta wersja się mi podoba, wychodzi poza pastelowe kolory. W trakcie oglądania z Północnej wrócił mój Kochany, który znowu kupił mi prezent — kolorowe dżinsy Kleina i do pary kolorowe skarpetki Pringle. Spodnie pasują (na szczęście, są śliczne niebiesko-zielono-pomarańczowo-żółte, a ja jestem coraz grubsza). Czy ja jutro pracuję, czy nie pracuję, oto jest pytanie.

Tej "Emmy" chyba też nie widziałem. Jakie ja mam straszne filmowe zaległości :(
OdpowiedzUsuńOglądałam ją wieki temu, całkiem możliwe, że zaraz po "Emmie" z Gwyneth i uważałam wówczas, że nie jest tak dobra. Z perspektywy czasu bardziej podoba mi się relacja Emma-Knightley w adaptacji z Beckinsale. Coraz częściej dochodzę do wniosku, że główną wartością rozbuchanych, amerykańskich adaptacji i tak są drugoplanowane postaci zagrane przez Brytyjczyków, a resztą nie ma się co podniecać. Widocznie się starzeję ;)
UsuńBtw. Jane Fairfax została tutaj zagrana przez Olivię Williams, która potem zagrała Austen w "Jane Austen żałuje".
Zamiast się oskarżać, że jesteś coraz grubsza, uznaj, że to świat się kurczy. :-)
OdpowiedzUsuń