Oprócz oczywistej zalety spędzenia czasu z rozsądnymi ludźmi, niespodziewanym plusem wczorajszej wizyty u Ka&Jot było pożyczenie przez Freda szlifierki delta. Kiedy ja wysiadywałam jajka online, Kochany zabrał się za oczyszczanie drzwi ze starej farby, ku uciesze i aprobacie sąsiadek (Katlin i Anne Emerytki).
Po obiedzie mąż wybył na drugi zastrzyk antycovidowy, potem z marszu wyjechaliśmy do Newry z zamiarem kupienia tego i owego (mamy dwa dodatkowe krzaki na żywopłot: nandina Obsessed i choisya Sundance). Wracając z Irlandii Północnej w Dundalk znaleźliśmy farbę do drzwi o którą od samego początku się nam rozchodziło (kolor cynober), a ja (fosforyzujące trampki wożą się ruchomymi schodami w dundalskim Tesco) wypatrzyłam malutkie bułeczki z masłem czosnkowym, podobne do tych, które kiedyś tak mi smakowały w Swords. Przez większość dnia pogoda była przyjemna, tylko w drodze do/z Północnej napadał na nas deszcz.
Na kolację jem bułeczki na ciepło, maczane w jogurcie, potem Fred przygotowuje świeży sok z jabłek, słucham Rory'ego i wyobrażam sobie, że A Million Miles Away grają muppety.
Sąsiadki są fankami remontowych hałasów?
OdpowiedzUsuńMyślę, że gdy hałasy są w dzień, to sąsiedzi też mają coś do roboty i nie skupiają się na hałasie wytwarzanym przez innych.
Usuń