Wykokosiłam się z łóżka bardzo wcześnie jak na porę pójścia spać (pierwsza w nocy), śniadanie, kawa, pogaduchy, gdzieś pomiędzy tymi czynnościami sprawdziłam pogodę na dzisiaj i jutro. Wyniknął z tego telefon do Ka (który dzisiaj pracuje) z oświadczeniem, że jutro chcemy gdzieś jechać i czy on też nie miałby ochoty. Po telefonie poczuliśmy oboje niedosyt, że jutro jest jutro i Fred zaczął szukać parku nadającego się na spacer dzisiaj. Deerpark Forest Walk w hrabstwie Cavan znalazł się o dziesiątej, 3 minuty później już miałam wydrukowaną mapę i małżonek dzwonił do Aś z pytaniem czy teraz z godziny na godzinę się do nas przyłączy. Odpowiedź była twierdząca. Chwilę potem przygotowujemy wałówkę, ogórki małosolne pokrojone lądują w pojemniczku, jabłka umyte, a Fred śpiewa pod nosem głosem radosnym nie będę przyszywał guzików, będę marnował czas!
Super zielony, kilkukilometrowy spacer w lesie z prześwitującym od czasu do czasu Lough Ramor.
Żeby po marszu zjeść wałówkę w spokoju, pojechaliśmy paręnaście km dalej na zachód, nad Lough Sheelin.
Jezioro równie ładne, podobno są w nim pstrągi brązowe, mnie zaczarował strumyczek przy którym siedzieliśmy. Małe rybki jadły akurat lunch i od czasu do czasu jakaś wyskakiwała nad wodę, żeby złapać robaczka.
Zmęczona. Aś dała nam swojskie jajka, może jutro rano uda się zrobić sałatkę.





Ja wyszedłem z domu dopiero po dwudziestej, wcześniej było zbyt słonecznie i ciepło.
OdpowiedzUsuńMapy nie mogłaś w telefonie trzymać?
Mogłam, miałam w zapasie, na wypadek braku sieci.
UsuńO braku sieci nie pomyślałem :)
Usuń