Przed południem zadzwonił ktoś z sąsiedniej dzielni, że kot siedzi pod ich drzwiami. Fred pojechał, wrócił z małym żebrakiem, podrapany po twarzy.
Rudemu nosowi dałam szlaban na wychodzenie, który zaraz został zerwany — Fred pracował w ogródku, ja z godzinę rozmawiałam po sąsiedzku z Katlin i Anną Emerytką, Ryszard najpierw słuchał, bo to o nim, potem przeniósł się do naszego ogródka i drzemał w lawendach, następnie w kuchni. U nas też domowe nudy, po południu był prysznic i łóżeczko (w łóżeczku m.in. rozmowa telefoniczna z Usz i wiadomość, że teść pilnie musi iść do szpitala). Gdy wieczorem wyjechaliśmy na chwilę po pizzę i bezę na deser, kot czekał przed domem, ekstremalnie grzeczny. Myślę, że przeraziła go pani, która do nas zadzwoniła. Niech ta nauczka będzie na dłużej niż jeden dzień.
Facebook odkopał mi wspomnienia sprzed 4 lat i jednego dnia:

A nawet mi się dzisiaj śnił kot i to nie jeden. :D
OdpowiedzUsuńA może Ryszard postanowił zmienić swoją miejscówkę? Poprzedniego właściciele przecież poniekąd też porzucił gdy się przeprowadził do was.
OdpowiedzUsuńTak może być. Poza tym nikt nie twierdzi, że jesteśmy jego jedyną miejscówką :)
Usuń