Z Centrum do Oldbridge na piechtę, kawa, ciastko, i z powrotem, taka praca. Jedna z naszych podopiecznych miała dzisiaj robiony test covidowy, na szczęście dla nas to był tylko kac, inaczej bez testu dla całej załogi by się nie obyło. Niejako przy okazji, nieobecność Dżastiny była miłym akcentem (she's pain in the a** sometimes, if you ask me). Pogoda była aż za dobra, na szczęście dołączyła do nas Sziwan wyposażona w tubkę kremu z filtrem.
Kochany podjechał po mnie pod sam budynek, z korzyścią dla moich zbolałych stópek. I tak sobie jechaliśmy, on jeszcze duszą w Donegalu, ja po prostu zadowolona, że jest ze mną.
W domu wykonałam niewiele pracy, zawinęłam łososia w sreberko przed pieczeniem i podlałam od serca ogródek (łubin rozkwitł przepięknie, zaskakująco dobrze wyglądają też testowe paski dzikiej łąki). Kochany gdzieś pomiędzy snem i wyjazdem po mnie znalazł czas na wymianę słuchawki prysznicowej. Zaczął kolejną zmianę po ósmej wieczorem, znowu więc rozminą się nasze poranki.
Podczas podlewania ogródka (po drugiej stronie ulicy Moira zabrała się za taką samą pracę przy swoich gigantycznych łubinach) do naszego ogródka przyszedł kotek w wieku Bána, biało-rudy, nieco jaśniejszy od Rysia, jestem pewna, że widziałam go w okolicy już kilka razy. Ryszard przywitał go nawet przyjaźnie. Gdy kończyłam podlewanie dał mi się pogłaskać, i zauważyłam, że ma piegowaty nosek.
Wieczorem kolejny odcinek Midsomer Murders, Blue Herrings (2000), chociaż powinnam więcej czytać. Może Muminki?
Aaa... podlewanie. Zapomniałem, że dzisiaj środa, więc trzeba podlać fiksy.
OdpowiedzUsuńW środę też podlewam ;)
Usuń