Wtorek nie zaczął się pomyślnie — gdy pełna optymizmu o świcie wyszłam z pudełkiem na ogródek, okazało się, że wróbel zmarł w nocy. Mogłam się tego spodziewać, ale się nie spodziewałam. Po chwili bezsensownego błąkania się z tyłu domu, położyłam go na płocie, tak jak od początku planowałam i powlokłam się na przystanek w dyskretnej asyście Ryszarda.
Wrócił zimny, słoneczny niż. Połowa pobytu na siłowni to było tak naprawdę obiboctwo przy kawie z karmelem i rozmowa z Beth, tajską żoną Paula (tak mniemam). W powrotnej drodze na przystanek nie opuszczał mnie wisielczy nastrój. Wysoko na niebie cirrocumulusy jak z wnętrza paszczy bardzo małego zwierzątka.
Ryszard siedział na murku Judżinowego ogródka i gdy tylko mnie zobaczył, popędził za mną do domu, zapytać o spóźniony obiad. Już drugi dzień przed domem nieżyjącego sąsiada stoi duży kontener na śmieci, który dzisiaj wypełnił się materacami i innymi skarbami. Domyślam się, że kot ma na ten temat wiele własnych, kocich przemyśleń.
Rozmawiałam z tatą, mama akurat gotowała obiad na jutro. Będzie sos grzybowy.
Przemarzłam i przesmuciłam się. Fred pracuje regularnie, ale daleko i wcześnie wstaje, więc jest o tej porze skonany. Moczę stopy w misce z gorącą wodą, jak niewesoła staruszka. Pewnie znowu pójdziemy wcześnie spać.
[*] wróbelkowi
OdpowiedzUsuńSąsiad był całkiem samotny, bez rodziny, że tak szybko zawartość mieszkania ląduje w kontenerze na śmieci?
Rodzina (miał siostry i siostrzeńców) była tu dłużej w weekend. Trudno powiedzieć, czy kontener zapełnia rodzina, czy to już służby socjalne, dom jest socjalny.
Usuń